Słowo wstępu
Robiąc porządki w komputerze trafiłem na ten tekst, który napisałem z 9 miesięcy temu. Najwyraźniej zapomniałem go umieścić, ale nic straconego - wrzucam go teraz. Na aktualności stracił niewiele, mam więc nadzieję, że się spodoba. (-) Kurson
Opowieść o polskim bluesie...
... czyli: co trzeba znać, coby nie marudzić*.
Kolejny wieczór w klubie. Pomieszczenie jest ciasne i wilgotne, zbudowane w końcu pod ziemią. Słabe oświetlenie i wyczuwalny zapach papierosów tworzy mimo wszystko przyjemną atmosferę. Słychać gwar rozmów i kakofonię dźwięków strojonych instrumentów - to niestety przykra konieczność, ale wszyscy wierzą, że dzisiejszy występ w pełni to wynagrodzi.
Do małego stolika z tabliczką „rezerwacja” podchodzą dwaj mężczyźni. Wieszając kurtki na oparciach krzeseł, kontynuują dyskusję zaczętą jeszcze w drodze do klubu...
- Mariusz, ja po raz setny ci powtarzam: polski blues skończył się zanim się zaczął - krzepki mężczyzna z lekką siwizną mówi energicznie, choć da się w jego głosie wyczuć zmęczenie dyskusją.
- Dariuszku kochany, jestem pewny, że nie pożałujesz dzisiejszego wieczoru. Nadto, wziąłem ze sobą kilka płyt, które na pewno posiadasz, ale chyba o nich zapomniałeś, skoro wypowiadasz się na ten temat z taką pewnością.
To mówiąc sięgnął po torbę i wyciągnął z niej pierwszą płytę.
- Spójrz Dareczku, przecież to płyta z twoim ukochanym Hendrixem!
- Nie próbuj starego melomana wprowadzić w błąd młody człowieku! - powiedział Dariusz, grożąc palcem - Moja pamięć funkcjonuje na tyle dobrze, że potrafię odróżnić jazzmana od bluesmana. Jarosław Śmietana? Nie przeczę, muzyk przedni. Ale gdzie mu do bluesa?
- Ha, i tu cię mam! - zareplikował Mariusz - Widać, żeś ostatniej płyty jeszcze nie kupił. Świeża, co prawda, ale w sprzedaży już dostępna. O, zobacz! Nawet w Twoim Bluesie masz recenzję: Jarek Śmietana Band - Psychedelic, The music of Jimi Hendrix. - powiedział Mariusz, podając Dariuszowi trzydziesty siódmy numer kwartalnika.
- Rzeczywiście, musiałem przegapić. No, ale to jeszcze nie oznacza, że to bluesowa płyta. Wielu jazzmanów nagrywało Hendrixa.
- Owszem, wielu, ale tu pozostajemy w klimatach zbliżonych do oryginału. Ale co to za wykonania porywające! Przesłuchaj choćby pierwszego numeru: Fire, a gwarantuję, że będziesz miał ochotę na więcej. W dodatku są tutaj ciekawi goście, ot choćby Łukasz Wiśniewski, czy Nigel Kennedy.
- No dobrze, ale ja Śmietany słucham od zawsze! On mnie już niczym nie zaskoczy.
- Wiesz, myślę, że niezbyt często mogłeś go słuchać w takim, ostrym w końcu, repertuarze. A jeżeli i to ciebie nie rusza, to wiedz, że to nie jest płyta wyłącznie instrumentalna!
- A kogo Jarek wziął na wokal? Może powiesz mi, że Bono? - Dariusz zakpił otwarcie z przyjaciela, ten bowiem bardzo starał się o bilet na chorzowski koncert U2. Niestety remont domu i choroba żony, uniemożliwiła mu realizację tego marzenia.
- Nieładnie Dareczku, ja się z ciebie nie naśmiewam - Mariusz poczuł się nieco urażony, ale przywykł już do podobnych docinków przyjaciela, przeszedł więc nad nimi do porządku dziennego. - Wróćmy do płyty. Wokalistą jest na niej sam Jarosław Śmietana, mój drogi!
- Nie może być! - krzyknął zadziwiony Dariusz - Jak to, tak nagle śpiewać mu się zachciało? Czy to dobrze brzmi w ogóle? - zapytał, z nutą niedowierzania w głosie.
- Brzmi całkiem, całkiem. - Mariusz na chwilę przerwał, by wyciągnąć kolejną płytę z torby - Nie jest to na pewno jego debiut, bo on dokonał się tutaj - rzekł i zastukał palcem w pomarańczową okładkę.
- A cóż to za dziw? Piotr Zastróżny? To nazwisko kojarzy mi się raczej z fotografią.
- Bo i Piotr jest fotografem - odparł Mariusz - ale zdarzyło mu się również nagrać taką ciekawą płytkę Album. Live in studio gdzie zebrał różnych artystów, przede wszystkim jazzmanów, i wspólnie z nimi nagrał taką jamową płytę właściwie.
Twarz Dariusza przyjęła wyraz skupienia. Widać było, że zaczął gorączkowo o czymś myśleć. By wspomóc swoją pamięć, podparł głowę ręką.
- Jak tak opowiadasz o tej płycie, to wydaje mi się, że słyszałem kilka utworów w jakiejś audycji radiowej... Na 106.8 FM bodaj.
- No nie mów, że w Chili Zet puszczają Zastróżnego! - Mariusz krzyknął tak głośno, że towarzystwo z sąsiedniego stolika gwałtownie obróciło się w ich stronę - Ach, przepraszam państwa! Więc - powiedział ściszając głos - co mówiłeś?
- Mówiłem, że to było jeszcze za czasów Jazz Radia - rzekł Dariusz.
- Ech, Jazz Radio... - obaj panowie głośno westchnęli, przypominając sobie minione już czasy, gdy w samochodowym radiu można było usłyszeć coś ciekawszego od kolejnych plastikowych Barbie o owocowych imionach.
Akustyk ustawił udźwiękowienie sceny, muzycy nastroili instrumenty. Starszy, brodaty pan wyszedł w celu zapowiedzenia zespołu. Mimo słusznego już wieku, wciąż wydawał się pełen sił witalnych - muzyka odmładza! Ponadto świadomość tego, że klub, który utrzymuje się na bardzo dobrym poziomie artystycznym i finansowym, ma liczną widownię niewątpliwie mobilizuje do dalszych wysiłków.
Zapowiedziani artyści wyszli na scenę i zaczęli grać. Najpierw wolno i jakby leniwie basista, z czasem dołącza do niego perkusja - a ilość dźwięków zwiększa się powoli. Jesteśmy świadkami flying soundcheck, czyli próby dźwięku, która pozwala akustykowi ustalić dobre brzmienie zespołu już podczas koncertu, a nie jeszcze na obolałych uszach publiczności. Z czasem do sekcji rytmicznej dołączają się kolejni członkowie zespołu. Koncert można uznać za rozpoczęty.
- No i grają, lubię takie wolne numery - rzekł Dariusz.
- A widzisz! Mówiłem, że ci podpasuje - odparł Mariusz.
- Oj, jak się ma pojęcie o bluesie to ciężko spaprać Stormy Monday.
- Zwłaszcza w wersji bliskiej T-Bone Walker'owi - wypunktował Mariusz.
- Kurczę, dobry hammondzista! Lubię taki groove - powiedział Dariusz i zaczął wystukiwać rytm stopą.
- W końcu uczeń Karolaka - mówiąc to Mariusz zaczął machać kolejną płytą - Kto, jak kto, ale ten pan wie gdzie jest czerń.
- Czym ty tu machasz? - spytał Dariusz mrużąc oczy - Piątek wieczorem, he! to dziś. O ile dobrze pamiętam Wierzcholski dostał za to Złotą Płytę?
- A nie Platynową? - zapytał Mariusz podnosząc przyniesione chwilę wcześniej piwo - Zdrówko!
- Zdrowie pana prezesa!
- Aby PSB rosło w siłę!
Takiemu toastowi trzeba było poświęcić znaczną część napoju. Gdy obaj panowie postawili już szklanki na stole, Mariuszowi została zaledwie połowa, a Dariusz połowę niemal wypił.
- Mariuszu kochany, przecież ta płyta jest jazzowa. Znowu próbujesz naciągać prawdę. Przecie blues to nie jazz – rzekł Dariusz.
- Dareczku, ja również cię kocham, ale zgodzić się nie mogę. Przecież cały ten swing Counta Basie'go i innych, jest bardzo bliski bluesowi. Twoim ulubionym instrumentem jest gitara, wolisz nieco mocniejsze brzmienia. Ale ja, człowiek po szkole muzycznej, ubóstwiam pianino. Popatrz, że blues pianistyczny zawsze był elegancki - nawet jeżeli twardy! Solowego Sunnyland Slim'a, a solowego Michaela Burks'a dzieli przepaść. Widzisz to chyba? Gitara, to bliżej rocka, a pianino, to instrument bliższy jazzowi - Mariusz chętnie mówiłby na ten temat jeszcze wiele godzin, ale jego przyjaciel przerwał mu mówiąc:
- Dobrze, zgadzam się z tobą. Nie jest tak, że ja nie lubię pianina, ale czasem trzeba mocniej przyłoić. Dlatego lubię wracać do tej płyty - tym razem Dariusz sięgnął ręką po swój plecak, wyciągnął opakowanie i podał przyjacielowi - Znasz to, bo wspólnie słuchaliśmy, ale mówiłeś, że ci się zgubił egzemplarz, więc proszę.
- John 'Broadway' Tucker i Leszek Cichoński! No, Come together live! to jedna z moich ulubionych płyt! Polak to i pograć z amerykańcami może bez kompleksów - rzekł Mariusz.
- Oczywiście, że tak! - odparł Dariusz - Ten Tucker to kawał głosu, a w połączeniu z gitarą Leszka... Hu! Dobrze, że mogliśmy ich obejrzeć na własne oczy, do dziś pamiętam ten koncert!
- A pamiętasz występ Banaszak & the Best w Polskim Radiu “PiK”? Ten, co nagrywali swoją koncertówkę: http://jump.of.pl bodaj.
- Chyba www.jump.of.pl - podpowiedział Dariusz
- No, o to mi chodziło. Zdrówko! - obaj panowie zgodnie wznieźli kufle w górę. Mariusz zamyślił się - Kurczę, tak sobie myślę Darku, że za mało takich płyt wychodzi, jak te Banaszakowe. Przecież West Coast Blues powinien mieć wzięcie w tym kraju; muzycznie blisko rock&rolla, czyli Króla. Te dodatki Gazety Wyborczej schodzą się ponoć całkiem nieźle.
- E, to raczej przez urodę - powiedział Dariusz machając ręką
- Może i tak... - Mariusz zastanowił się - Ale przecież ludzie lubią potańczyć. Po mojemu, to tutaj siedzi duży, niewykorzystany potencjał - Mariusz zasępił się nieco - Ale co poradzić, popularność jest żenująco niska, młodzi wolą sex, drugs i rock&roll.
Dariusz zaczął parodiować, nienaturalnie obniżając głos.
- I can't get no, satisfaction. Yeah!
- Rolling Stonesów zostaw w spokoju. Chłopy dobrze grają i mają szacunek dla bluesa - powiedział surowo Mariusz
- Przecież wiem, przekomarzam się tylko - zaśmiał się Dariusz - Hej, przecież są jeszcze inne, podobne zespoły. Ot choćby Szulerzy z ich płytą Pilnuj się!
- No, to nie jest taki normalny West Coast, ale rzeczywiście brzmienie tej grupy to swoisty rodzynek na naszej scenie bluesowej. Nieco podobnie jest z Blues Flowers. Znasz jakiś zespół, który byłby do nich podobny? Mają chyba jedne z ciekawszych tekstów, a na płytach - na przykład Bluesmentach - zawsze tak pomyślą, żeby zakręcić aranżację, albo sprowadzić ciekawych gości...
- Tam błyszczy świetny pianista przecież! - przerwał Dariusz - Bartek Szopiński, co i za granicą sukcesy święci. A co do oryginalności Kwiatków, to się zgodzę. Kto inny śpiewa bluesy o szczypiorku, czy trabancie?
Obaj panowie zaśmieli się serdecznie i pokrzepili trzema łykami piwa.
Zespół zakończył pierwszy set i udał się na przerwę. Dariusz skorzystał z okazji i poszedł do toalety, tymczasem Mariusz próbował flirtować z młodymi paniami obok. Odpowiadały mu słodkimi spojrzeniami, ale wiedział, że to tylko gra pozorów - w końcu doskonale znał te panie, spotyka je w klubie co tydzień, od ładnych paru lat.
Po kolejnym nieudanym flircie, rozejrzał się za gitarzystą, który akurat był zszedł ze sceny między stoliki.
- Romek! Puchowski, poczekaj chwilkę! - Mariusz skinieniem ręki zaprosił przyjaciela do stolika - Powiedz Roman co tam u ciebie? Szykujesz ty jakieś nowe projekty?
- Cześć Mariusz - odpowiedział, przysiadając się - chwilowo nic nie nagrywamy, promujemy w dalszym ciągu płytę Von Zeit - Ocieramy się, no i moją solową - Simply.
- Obie to kawał dobrego grania! - powiedział Mariusz - Zadziwia mnie twoja postać. Z jednej strony muzyczna alternatywa, z drugiej akustyczny surowy blues. A z trzeciej jesteś scenicznym wariatem!
- Tak to bywa, chyba po prostu mnie rozrywa - rzekł Roman - Wpadniesz ty kiedyś do Tczewa mego rodzinnego? Połowilibyśmy ryby, odpoczęli...
- Ja ryby łowię tylko w supermarketach - zażartował Mariusz
- Wedle życzenia!- odparł Roman - Słuchaj, muszę już wracać, ktoś mi gitarę próbuje ukraść.
- Ależ nie ma problemu, baw się dobrze! - Mariusz zawsze serdecznie żegnał się z przyjaciółmi.
Wreszcie powrócił i Dariusz, w sam raz, bo zaczynał się właśnie drugi set.
- Jesteś wreszcie! Siadaj, zaczynają właśnie. Z Romanem rozmawiałem, pozdrawiał twoją żonę.
- Złoty człowiek - Dariusz uśmiechnął się.
Romek wyszedł na scenę, podszedł do mikrofonu i zapowiedział utwór, dodając dedykację:
- Witam wszystkich po przerwie. Utwór, który teraz wykonamy chciałbym zadedykować żonie Dariusza. Robi najlepszy miód pszczeli w województwie! - publiczność zaczęła klaskać i z uznaniem kiwać głowami. Nie było mieszkańca, który nie zaopatrywał by się w słynne miody żony Darka.
- Mówiłem, że pozdrawia - Mariusz wyszczerzył zęby
- Ech, ty mój złotousty...
- A wracając do naszej rozmowy, to co - przekonałem cię? - spytał Mariusz
- Nie tyle przekonałeś, co przypomniałeś, ale i za to mogę ci podziękować: dziekuję! - Dariusz znany był z dobrych manier
- Ależ proszę! - Mariusz nie chciał być gorszy - A teraz cisza, posłuchajmy lepiej tej solóweczki.
- Zgredzisz.
- Koniec -
*Artykuł oczywiście sponsorowany
McKinley Morganfield, znany szerzej jako Muddy Waters, jest uważany za pioniera elektrycznego bluesa. Nie je
st to stuprocentowo zgodne z prawdą, bowiem nagrań z udziałem gitary wzmacnianej elektrycznymi przetwornikami już kilka lat wcześniej dokonywał T-Bone Walker, ale faktem jest, że to właśnie Muddy jest uważany za pierwszego przedstawiciela bluesa chicagowskiego. Świadczy o tym zarówno ilość nagranych utworów, które do dziś są standardami, jak i składy jego zespołów. Wymieńmy choć kilka postaci: Willie Dixon, basista, kompozytor i pracownik wytwórni Chess Records, autor wielu klasycznych utworów bluesowych; Little Walter, pionier elektrycznej harmonijki, muzyk, który zmienił podejście do tego instrumentu; Otis Spann, wielce utalentowany pianista, grający bardzo emocjonalnie, przedwcześnie zmarły (w wieku 40 lat) na raka.
Pan Robert Johnson, jak sądzę?
Pierwszych nagrań dokonuje w 1941 roku na plantacji Stovall. Zostały one zrealizowane przez Alana Lomaxa i Johna Work’a, etnomuzykologów, którzy szukali w okolicy Roberta Johnsona. Nie byli jednak w stanie go odnaleźć, gdyż umarł trzy lata wcześniej, ale dowiedzieli się, że w okolicy jest ktoś, kto gra w jego stylu. Tym kimś był właśnie Muddy Waters. Dwa lata później, po kłótni z nadzorcą plantacji, wyrusza on do Chicago. Dzięki pomocy swego wuja, Eddy’ego Boyda, szybko nawiązuje kontakty z lokalnymi muzykami. W 1948 roku dostaje swoją szansę – ląduje w studiu firmy Chess w Chicago i nagrywa pierwsze utwory. Szybko staje się jednym z czołowych czarnych muzyków tego miasta. Między 1951, a 1956 rokiem czternaście jego utworów znajdzie się na krajowych listach przebojów. Niestety czasy szybko się zmieniają, rozpoczyna się era rock&rolla. W 1955 roku utwór „Rock Around The Clock” zespołu Bill Haley and the Comets staje się ogólnokrajowym przebojem, podobnie rzecz się ma z „Maybellene” Chucka Berry’ego. Popularność nowego stylu muzycznego nabiera wielkiego rozpędu już rok później, gdy niejaki Elvis Presley nagrywa swój pierwszy hit pt. „Heartbreak Hotel”. W siłę rośnie też rodzący się styl soul music – pojawiają się pierwsze popularne piosenki Raya Charles’a.
To wszystko przejawy nowej epoki. Po Drugiej Wojnie Światowej jesteśmy świadkami powstania nowego zjawiska społecznego – młodzieży. Od teraz około 16 roku życia przestaje się być dzieckiem, choć nie jest się jeszcze dorosłym. Co ważniejsze grupa ta dysponuje pieniędzmi, które chętnie wydaje na rozrywkę, mając przez rodziców zapewniony dom, jedzenie i szkołę. Świat biznesu szybko to zauważa i wykorzystuje proponując „młodzieżowe” filmy i muzykę. A, że powiedzenie „młodzież musi się wyszaleć” nie wzięło się z powietrza, to i muzyka musiała być odpowiednia – najlepiej taka, która należy do „strefy zakazanej”. Dla nastolatków z tzw. dobrych białych rodzin jednym z większych tabu była właśnie kultura czarnych Amerykanów – ich zwyczaje, tańce i oczywiście muzyka. Elvis Presley był tym, który jako jeden z pierwszych zaczął śpiewać „po murzyńsku” i tańczyć na scenie – dla wielbicieli Franka Sinatry byłoby to nie do pomyślenia.
Z kolei muzyka soul była swego rodzaju manifestem czarnej młodzieży, która nie chciała myśleć o sobie, jako o potomkach niewolników i miała dość „tego bluesa”, który przypominał (i wielu z nich przypomina do dziś) o czasach, gdy trzeba było ciężko pracować na plantacjach. Młodzi Afroamerykanie podkreślali swą odrębność kulturową i byli z niej dumni. Umiarkowane tempo bluesa nie było w stanie oddać ich nastrojów, potrzebowali muzyki radośniejszej i bardziej żywiołowej – soulu.
Kolejne przeboje Elvisa, jak i Berry’ego (nagrywającego podobnie jak Muddy dla wytwórni Chess), znacznie spowalniają karierę Watersa, który zaczyna coraz więcej koncertować w kraju (bierze udział m.in. w Newport Jazz Festival) i za granicą, dając występy w Wielkiej Brytanii. Popularyzuje dzięki temu swoją muzykę wśród młodych muzyków rockowych, a szczególnie pewnej czwórki zwanej the Rolling Stones, która nota bene nazwę swojego zespołu wzięła od utworu Muddy'ego pt. „Rollin' Stone”. Inspiracje Stonesów nie ograniczały się tylko do nazwy, najważniejsza była muzyka. Pierwszy album the Rolling Stones pt. „England's Newest Hit Makers” zawiera utwory Willie Dixona, Chucka Berry'ego, Jimmiego Reeda i nie tylko. Materiał na drugi album pt. „No. 2” zespół nagrywa częściowo w chicagowskiej wytwórni Chess Records – tam, gdzie swoje nagrania realizowali Muddy Waters, Howlin' Wolf, Bo Didley. Tej, która stała się synonimem brzmienia chicago blues style. Na tym albumie możemy znaleźć utwór „I Can't Be Satisfied” autorstwa Watersa – jeden z ważniejszych w jego dorobku, pierwszy dzięki któremu stał się szerzej znany.
Electric Mud
Lata ’60 przynoszą muzyczną eksplozję. Na wyspach brytyjskich z jednej strony szaleje beatlemania (której początek datuje się na 1963 rok), z drugiej mamy wysyp angielskich grup rhythm&bluesowych – John Mayall’s Bluesbreakers, the Yardbirds, wspomniani już the Rolling Stones, Manfred Mann, Cream. W tym samym czasie za oceanem wielką popularność wśród czarnej społeczności zdobywa sobie muzyka soul, wydawana przez dwie najważniejsze wytwórnie: Stax (dla której nagrywał m.in. Otis Redding i Carla Thomas) oraz Motown (the Marvelettes, Martha and the Vandellas, the Supremes). Na tym lista się nie kończy. Swoich słuchaczy szokuje Bob Dylan porzucając gitarę akustyczną dla elektrycznego zespołu i wydając płytę „Highway 61 Revisited”. W 1967 roku odbywa się trzydniowy Monterey International Pop Festival, na którym występuje duża reprezentacja zespołów grających nową odmianę rocka – Big Brother and the Holding Company z Janis Joplin, Jefferson Airplane, Grateful Dead i The Jimi Hendrix Experience. Ten ostatni zespół w tym samym roku wydaje dwie przełomowe muzycznie płyty: „Are You Experienced?” oraz „Axis: Bold As Love”.

Psychodelia zyskuje sobie ogromną popularność, zwłaszcza wśród powstającej właśnie kultury hippisowskiej. Nic dziwnego, lata ’60 to czas jednego z największych przewrotów społecznych – trwa silna rywalizacja między demokracją, a komunizmem, na całym świecie rozpadają się kolonie, pojawia się pigułka antykoncepcyjna. Od tego momentu młode kobiety nie będą się obawiały związków przedmałżeńskich, stają się bardziej niezależne. Młodzież (głównie studencka) jest zażenowana panującym konsumpcjonizmem, masowo organizuje się demonstracje antywojenne – słowem przewrót w prawie każdej dziedzinie życia. Można wyczuć chęć odcięcia się od tego świata, a dobrymi sposobami są narkotyki i nowa, transowa muzyka – rock psychodeliczny.
Pewnego dnia Marshall Chess – syn Leonarda Chess'a, założyciela wytwórni – proponuje Watersowi nagranie płyty psychodelicznej, by przyciągnąć do niego nową publiczność. Psychedelic rock jest na celowniku młodych i to właśnie z myślą o nich powstaje album „Electric Mud”. Skład jaki towarzyszył Muddy'emu został wybrany przez producentów. Na płycie zagrali m.in.: Pete Cosey na gitarze (towarzyszył Milesowi Davisowi na jego pierwszych elektrycznych płytach), czy Louis Satterfield na basie (związany z Earth, Wind & Fire). Album był bardzo mocno krytykowany, zarówno przez recenzentów, jak i słuchaczy – zwracano uwagę, że właściwie nie jest to album bluesowy. Rzeczywiście, zawarte na nim utwory, to w większości standardy bluesowe, napisane przez Dixona bądź Watersa, ale zagrane po nowemu – na rockowo.
Ostatecznie album sprzedał się całkiem nieźle – ponoć zakupiono od 150 do 200 tys. sztuk, co na standardy wydawnictw bluesowych wydaje się być liczbą co najmniej przyzwoitą. Jednak na przełom Marshall Chess czekał całe lata. Dopiero w następnym, XXI wieku, w dokumencie pt. „Godfathers and Sons” zrealizowanym na stulecie bluesa (w 1903 roku W.C. Handy zapisał pierwszego bluesa, usłyszanego na stacji kolejowej w Missisipi), obserwujemy jak Chuck D, raper z zespołu Public Enemy, kontaktuje się z Chessem i opowiada, że zainteresował się Muddy Watersem i bluesem – a wszystko zaczęło się właśnie od płyty „Electric Mud”. W dalszej części filmu oglądamy, jak Chess ponownie zbiera zespół, by nagrać płytę-pomost pomiędzy bluesem a hip-hopem. Niestety album ten nie został nigdy wydany, ale ważniejsze jest to, że podjęty w 1968 roku eksperyment się powiódł.
Niepowtarzalny głos Watersa w połączeniu z psychodeliczną muzyką zwróciły uwagę młodej publiczności na bluesa – okrężną drogą, ale jednak. Marshall Chess na tym nie poprzestał i rok później została wydana płyta „Fathers and Sons” nagrana z takimi muzykami, jak Paul Butterfield, Mike Bloomfield, Buddy Miles i Donald „Duck” Dunn po stronie „synów”. „Ojcami” byli instrumentaliści z zespołu Watersa. W 1971 roku w Anglii powstanie jeszcze album „The London Session”, na którym znaleźli się muzycy dużo bardziej atrakcyjni dla młodego pokolenia: Steve Winwood, Rory Gallagher, Mitch Mitchell, Georgie Fame, jednak muzycznie jest to album dużo słabszy od „Electric Mud” – artyści nie byli w stanie dobrze się zgrać z legendą bluesa.
Uważam, że wydanie tych płyt (myślę głównie o „Electric Mud”) to jedno z ciekawszych zjawisk, jakie wydarzyło się w środowisku bluesowym w tamtych latach, ponieważ pokazuje ono próbę wykorzystania aktualnych trendów muzycznych, a także nastrojów społecznych, do spojrzenia wstecz, na przeszłość. Ta płyta pokazuje, że nawet muzyczni pionierzy chcąc zdobyć nowych słuchaczy, muszą się podejmować karkołomnych projektów – które czasem się udają, a czasem nie. W każdym razie było to na pewno poszukiwanie nowego kierunku rozwoju dla bluesa, rodzaj sprawdzianu, czy taka muzyka może jeszcze być nośna i oddawać stan ducha społeczeństwa. Biografowie Watersa często pomijają płyty z tego okresu, traktując ją jako ofiarę komercyjnych planów wytwórni, a przecież same dane sprzedaży powinny zwrócić ich uwagę na „Electric Mud”. Bardzo trudno byłoby dokładnie określić liczbę osób, które dzięki tym albumom zainteresowały się korzeniami ówczesnego rock&rolla, choć nie mogła ona być mała, skoro większość nakładu została wykupiona przez fanów Hendrixa, Janis Joplin i Rolling Stones, a nie przez ludzi słuchających bluesa.
Blue Sky

Na sukces wśród fanów zarówno bluesa, jak i rocka trzeba było jeszcze trochę poczekać. W drugiej połowie lat '70 Muddy Waters powraca na rynek muzyczny, tym razem pod barwami wytwórni Blue Sky prowadzonej przez managera Johnny'ego Wintera. Produkuje on (Winter) płytę „Hard Again”, której tytuł świetnie oddaje zawartość – słychać, że sześćdziesięciodwuletni Muddy wziął drugi oddech i, że udało się nagrać pełen energii album. Wielka w tym zasługa samego Wintera, który poza produkcją, zagrał tu na gitarze, przejmując partie Watersa. Zmianę widać również w kilku tekstach. Wyraźnie puszczają one oczko do nowej, bardziej rock&rollowej publiczności. Jednym z takich utworów, którego sama nazwa stała się bardzo znanym hasłem jest „The Blues Had A Baby And They Named It Rock And Roll”. Zadziwiająco długa, ale ostatecznie pełniła raczej funkcję sloganu. I słusznie, bo rodowód rock&rolla jest ściśle związany z bluesem. Wystarczy wspomnieć, że w dokonaniu pierwszych nagrań pomagał Chuckowi Berry'emu... Muddy Waters.
Świat jednak wyprzedził Watersa. Jeżeli jeszcze „Electric Mud” to tempo utrzymywał próbując zwrócić się do hippisów, to „Hard Again” je zarzucił, pozostając płytą dla fanów bluesa i wczesnego rocka. Ale czy Muddy był jeszcze w stanie ten świat gonić? O ile jeszcze mógł się choć częściowo utożsamiać z hasłem „sex, drugs & rock and roll”, to za epoką muzyki funky raczej nie przepadał1. Chyba nie tylko pod względem muzyki – Waters miał już swoje lata, nie nadawał się do prowadzenia buntu młodych czarnych Amerykanów. Jego zadaniem było śpiewanie „Got My Mojo Working”, a nie „Say It Loud, I’m Black and I’m Proud”. Wychowany na wsi, uczący się gry na gitarze od Son Housa i Roberta Johnsona Muddy nie mógł się też zainteresować elektroniką, która właśnie zaczynała się pojawiać w niektórych nagraniach. Zapewne gdyby ktoś zaproponowałby mu zastąpienie swego perkusisty Willie „Big Eye” Smitha, z którym grał nieprzerwanie od lat ’50, automatem perkusyjnym, uznałby, że ta osoba jest niespełna rozumu.
Blue Sky wyda jeszcze 3 płyty Muddy'ego: studyjną „I'm Ready” nagraną wraz z przyjaciółmi, z którymi grał przed ponad dwudziestu laty – Jimmy Rogersem i Big Walter Hortonem; koncertową „Muddy >>Mississippi<< Waters Live” i wreszcie ostatnią studyjną „King Bee” nagraną w 1981. Dwa lata później Muddy umiera z dorobkiem 7 nagród Grammy, w tym jednej przyznanej za całokształt twórczości. Zostaje ponadto jako jeden z pierwszych wprowadzony do „Rock and Roll Hall of Fame”, a magazyn „The Rolling Stone” umieszcza go na 17 miejscu listy Najlepszych Artystów Wszech Czasów. Piękny koniec, pięknej kariery!
Święta Bożego Narodzenia to okres szczególny. Rodzina, prezenty, kolędy, czas duchowej odnowy, bogaty symbolicznie, dziś coraz bardziej zohydzany nachalnością handlowców, dla których to finansowe żniwa. Ale korzystają z tego i muzycy – co roku wydawane są nowe kompilacje, a niekiedy całe albumy poszczególnych artystów. Blues nie jest tu wyjątkiem i też korzysta z koniunktury, a przynajmniej się stara.
W 1925 roku Bessie Smith wydała At the Christmas Ball, w 1928 Blind Lemon Jefferson nagrał Christmas Eve Blues, rok później Blind Blake śpiewał Lonesome Christmas Blues, a Leroy Carr wypuścił Christmas in Jail. Bardzo znany był Merry Chrismas Baby Charlesa Browna, Goree Carter śpiewał Christmas Time. I tak dalej, i tak dalej. Tematyka świąteczna, ale blues bluesem. Co innego, gdy bluesmani biorą się za popularne tematy i „przerabiają” je na bluesy. Jak dla mnie zabieg to sztuczny.
Roomful of Christmas orkiestry Roomful of Blues jeszcze się broni. Jazzujące zabarwienie większości kompozycji, ciepły i krągły wokal Sugar Ray’a Norcii po prostu się sprawdza. Płyta jest lekka, radosna i nie męczy w połowie (fakt, jest krótka). Lat temu osiem wytwórnia Evidence postanowiła zaprosić kilku zacnych muzyków i powstał instrumentalny album Blue Xmas. Kogoż tu nie ma! Michael Hill, Roy Gaines, Roy Rogers, Kim Wilson, Kirk Fletcher, Ernie Watts, Tommy Castro, Corey Harris, Charlie Musselwhite, Michael Burks, Walter Trout, Sugar Blue, Son Seals, Otis Rush… Mniam. Co wyszło? Nudny muzak. Te oklepane, słodkie melodie grane często „po bożemu”, solówki, które nijak mają się emocjonalnie do tematu – nie, nie. Pomyłka.
Paradoksalni
e moją ulubioną płytą okołogwiazdkową jest polska składanka Bluesowa nowina – dołączyła do jednego z pierwszych „Twoich Bluesów”. Jest tu kilka perełek. Cudownie zagrana przez Grzegorza Kapołkę instrumentalny Gdy śliczna panna, moje ulubione Cienkie Bolki i Blues dla Jezusa z wstawką w solówce z Nikodema Dyzmy, zaskakująco wypada Pójdźmy wszyscy do stajenki – toż to klasyczne chicagowskie shuffle. Naprawdę przyjeman płyta i nawet rodzina podczas świąt słucha. Lepsze to niż Rybotycka czy Turnau. :) Jednakże to wyjątek. Ogólnie – niech blues się od gwiazdkowych melodii trzyma z daleka. Lepiej posłuchać solidnej muzy, a kolędy pośpiewać wraz z rodziną.
Wesołych Świąt!