Notice: Undefined index: HTTP_webpage_AGENT in /home/estrona/public_html/wgears/frontend/robots.class.php on line 111
Feelin The Blues - Kurson corner

Strefa słowa

Poza muzyką

20/12/2009

Gwiazdka i blues
Święta Bożego Narodzenia to okres szczególny. Rodzina, prezenty, kolędy, czas duchowej odnowy, bogaty symbolicznie, dziś coraz bardziej zohydzany nachalnością handlowców, dla których to finansowe żniwa. Ale korzystają z tego i muzycy – co roku wydawane są nowe...
więcej...

 

Bluesbird corner

02/03/2008

Muzyk i Realizator
Nie tak dawno byłem wraz z osobą towarzyszącą na koncercie bluesowo-folkowej grupy, nagrywającej w studio Radia PiK. Niestrudzony redaktor Pająk, wciąż stara się w publicznym radio, aby blues od czasu do czasu się tam pojawiał. Piękny to był koncert, bardzo wzruszajacy i poruszajacy moją...
więcej...

 

Nitka corner

28/04/2008

Kilka zdań wstępu...
To zadziwiające po jak podobnych sobie ścieżkach zdarza nam się kroczyć. Jeszcze bardziej zadziwiającym, nieprawdopodobnym wydaje się być fakt, że te ścieżki w jakiś nieodgadniony sposób  krzyżują się ze sobą. Moja codzienność obfituje w wydarzenia, które skłaniają mnie ku...
więcej...

 

Kurson corner

[1 z 2] 1 2

14/06/2010

Opowieść o polskim bluesie...

Słowo wstępu

Robiąc porządki w komputerze trafiłem na ten tekst, który napisałem z 9 miesięcy temu. Najwyraźniej zapomniałem go umieścić, ale nic straconego - wrzucam go teraz. Na aktualności stracił niewiele, mam więc nadzieję, że się spodoba. (-) Kurson

Opowieść o polskim bluesie...

 

... czyli: co trzeba znać, coby nie marudzić*.

Kolejny wieczór w klubie. Pomieszczenie jest ciasne i wilgotne, zbudowane w końcu pod ziemią. Słabe oświetlenie i wyczuwalny zapach papierosów tworzy mimo wszystko przyjemną atmosferę. Słychać gwar rozmów i kakofonię dźwięków strojonych instrumentów - to niestety przykra konieczność, ale wszyscy wierzą, że dzisiejszy występ w pełni to wynagrodzi.

Do małego stolika z tabliczką „rezerwacja” podchodzą dwaj mężczyźni. Wieszając kurtki na oparciach krzeseł, kontynuują dyskusję zaczętą jeszcze w drodze do klubu...

 

- Mariusz, ja po raz setny ci powtarzam: polski blues skończył się zanim się zaczął - krzepki mężczyzna z lekką siwizną mówi energicznie, choć da się w jego głosie wyczuć zmęczenie dyskusją.

- Dariuszku kochany, jestem pewny, że nie pożałujesz dzisiejszego wieczoru. Nadto, wziąłem ze sobą kilka płyt, które na pewno posiadasz, ale chyba o nich zapomniałeś, skoro wypowiadasz się na ten temat z taką pewnością.

To mówiąc sięgnął po torbę i wyciągnął z niej pierwszą płytę.

- Spójrz Dareczku, przecież to płyta z twoim ukochanym Hendrixem!

- Nie próbuj starego melomana wprowadzić w błąd młody człowieku! - powiedział Dariusz, grożąc palcem - Moja pamięć funkcjonuje na tyle dobrze, że potrafię odróżnić jazzmana od bluesmana. Jarosław Śmietana? Nie przeczę, muzyk przedni. Ale gdzie mu do bluesa?

 

- Ha, i tu cię mam! - zareplikował Mariusz - Widać, żeś ostatniej płyty jeszcze nie kupił. Świeża, co prawda, ale w sprzedaży już dostępna. O, zobacz! Nawet w Twoim Bluesie masz recenzję: Jarek Śmietana Band - Psychedelic, The music of Jimi Hendrix. - powiedział Mariusz, podając Dariuszowi trzydziesty siódmy numer kwartalnika.

 

- Rzeczywiście, musiałem przegapić. No, ale to jeszcze nie oznacza, że to bluesowa płyta. Wielu jazzmanów nagrywało Hendrixa.

 

- Owszem, wielu, ale tu pozostajemy w klimatach zbliżonych do oryginału. Ale co to za wykonania porywające! Przesłuchaj choćby pierwszego numeru: Fire, a gwarantuję, że będziesz miał ochotę na więcej. W dodatku są tutaj ciekawi goście, ot choćby Łukasz Wiśniewski, czy Nigel Kennedy.

 

- No dobrze, ale ja Śmietany słucham od zawsze! On mnie już niczym nie zaskoczy.

- Wiesz, myślę, że niezbyt często mogłeś go słuchać w takim, ostrym w końcu, repertuarze. A jeżeli i to ciebie nie rusza, to wiedz, że to nie jest płyta wyłącznie instrumentalna!

- A kogo Jarek wziął na wokal? Może powiesz mi, że Bono? - Dariusz zakpił otwarcie z przyjaciela, ten bowiem bardzo starał się o bilet na chorzowski koncert U2. Niestety remont domu i choroba żony, uniemożliwiła mu realizację tego marzenia.

- Nieładnie Dareczku, ja się z ciebie nie naśmiewam - Mariusz poczuł się nieco urażony, ale przywykł już do podobnych docinków przyjaciela, przeszedł więc nad nimi do porządku dziennego. - Wróćmy do płyty. Wokalistą jest na niej sam Jarosław Śmietana, mój drogi!

- Nie może być! - krzyknął zadziwiony Dariusz - Jak to, tak nagle śpiewać mu się zachciało? Czy to dobrze brzmi w ogóle? - zapytał, z nutą niedowierzania w głosie.

- Brzmi całkiem, całkiem. - Mariusz na chwilę przerwał, by wyciągnąć kolejną płytę z torby - Nie jest to na pewno jego debiut, bo on dokonał się tutaj - rzekł i zastukał palcem w pomarańczową okładkę.

 

- A cóż to za dziw? Piotr Zastróżny? To nazwisko kojarzy mi się raczej z fotografią.

 

 

- Bo i Piotr jest fotografem - odparł Mariusz - ale zdarzyło mu się również nagrać taką ciekawą płytkę Album. Live in studio gdzie zebrał różnych artystów, przede wszystkim jazzmanów, i wspólnie z nimi nagrał taką jamową płytę właściwie.

 

Twarz Dariusza przyjęła wyraz skupienia. Widać było, że zaczął gorączkowo o czymś myśleć. By wspomóc swoją pamięć, podparł głowę ręką.

- Jak tak opowiadasz o tej płycie, to wydaje mi się, że słyszałem kilka utworów w jakiejś audycji radiowej... Na 106.8 FM bodaj.

- No nie mów, że w Chili Zet puszczają Zastróżnego! - Mariusz krzyknął tak głośno, że towarzystwo z sąsiedniego stolika gwałtownie obróciło się w ich stronę - Ach, przepraszam państwa! Więc - powiedział ściszając głos - co mówiłeś?

- Mówiłem, że to było jeszcze za czasów Jazz Radia - rzekł Dariusz.

- Ech, Jazz Radio... - obaj panowie głośno westchnęli, przypominając sobie minione już czasy, gdy w samochodowym radiu można było usłyszeć coś ciekawszego od kolejnych plastikowych Barbie o owocowych imionach.

 

Akustyk ustawił udźwiękowienie sceny, muzycy nastroili instrumenty. Starszy, brodaty pan wyszedł w celu zapowiedzenia zespołu. Mimo słusznego już wieku, wciąż wydawał się pełen sił witalnych - muzyka odmładza! Ponadto świadomość tego, że klub, który utrzymuje się na bardzo dobrym poziomie artystycznym i finansowym, ma liczną widownię niewątpliwie mobilizuje do dalszych wysiłków.

 

Zapowiedziani artyści wyszli na scenę i zaczęli grać. Najpierw wolno i jakby leniwie basista, z czasem dołącza do niego perkusja - a ilość dźwięków zwiększa się powoli. Jesteśmy świadkami flying soundcheck, czyli próby dźwięku, która pozwala akustykowi ustalić dobre brzmienie zespołu już podczas koncertu, a nie jeszcze na obolałych uszach publiczności. Z czasem do sekcji rytmicznej dołączają się kolejni członkowie zespołu. Koncert można uznać za rozpoczęty.

- No i grają, lubię takie wolne numery - rzekł Dariusz.

- A widzisz! Mówiłem, że ci podpasuje - odparł Mariusz.

 

- Oj, jak się ma pojęcie o bluesie to ciężko spaprać Stormy Monday.

 

- Zwłaszcza w wersji bliskiej T-Bone Walker'owi - wypunktował Mariusz.

 

 

- Kurczę, dobry hammondzista! Lubię taki groove - powiedział Dariusz i zaczął wystukiwać rytm stopą.

 

- W końcu uczeń Karolaka - mówiąc to Mariusz zaczął machać kolejną płytą - Kto, jak kto, ale ten pan wie gdzie jest czerń.

 

- Czym ty tu machasz? - spytał Dariusz mrużąc oczy - Piątek wieczorem, he! to dziś. O ile dobrze pamiętam Wierzcholski dostał za to Złotą Płytę?

 

- A nie Platynową? - zapytał Mariusz podnosząc przyniesione chwilę wcześniej piwo - Zdrówko!

- Zdrowie pana prezesa!

 

- Aby PSB rosło w siłę!

 

Takiemu toastowi trzeba było poświęcić znaczną część napoju. Gdy obaj panowie postawili już szklanki na stole, Mariuszowi została zaledwie połowa, a Dariusz połowę niemal wypił.

- Mariuszu kochany, przecież ta płyta jest jazzowa. Znowu próbujesz naciągać prawdę. Przecie blues to nie jazz – rzekł Dariusz.

 

- Dareczku, ja również cię kocham, ale zgodzić się nie mogę. Przecież cały ten swing Counta Basie'go i innych, jest bardzo bliski bluesowi. Twoim ulubionym instrumentem jest gitara, wolisz nieco mocniejsze brzmienia. Ale ja, człowiek po szkole muzycznej, ubóstwiam pianino. Popatrz, że blues pianistyczny zawsze był elegancki - nawet jeżeli twardy! Solowego Sunnyland Slim'a, a solowego Michaela Burks'a dzieli przepaść. Widzisz to chyba? Gitara, to bliżej rocka, a pianino, to instrument bliższy jazzowi - Mariusz chętnie mówiłby na ten temat jeszcze wiele godzin, ale jego przyjaciel przerwał mu mówiąc:

 

- Dobrze, zgadzam się z tobą. Nie jest tak, że ja nie lubię pianina, ale czasem trzeba mocniej przyłoić. Dlatego lubię wracać do tej płyty - tym razem Dariusz sięgnął ręką po swój plecak, wyciągnął opakowanie i podał przyjacielowi - Znasz to, bo wspólnie słuchaliśmy, ale mówiłeś, że ci się zgubił egzemplarz, więc proszę.

 

- John 'Broadway' Tucker i Leszek Cichoński! No, Come together live! to jedna z moich ulubionych płyt! Polak to i pograć z amerykańcami może bez kompleksów - rzekł Mariusz.

 

- Oczywiście, że tak! - odparł Dariusz - Ten Tucker to kawał głosu, a w połączeniu z gitarą Leszka... Hu! Dobrze, że mogliśmy ich obejrzeć na własne oczy, do dziś pamiętam ten koncert!

 

- A pamiętasz występ Banaszak & the Best w Polskim Radiu “PiK”? Ten, co nagrywali swoją koncertówkę: http://jump.of.pl bodaj.

 

 

- Chyba www.jump.of.pl - podpowiedział Dariusz

 

 

- No, o to mi chodziło. Zdrówko! - obaj panowie zgodnie wznieźli kufle w górę. Mariusz zamyślił się - Kurczę, tak sobie myślę Darku, że za mało takich płyt wychodzi, jak te Banaszakowe. Przecież West Coast Blues powinien mieć wzięcie w tym kraju; muzycznie blisko rock&rolla, czyli Króla. Te dodatki Gazety Wyborczej schodzą się ponoć całkiem nieźle.

 

- E, to raczej przez urodę - powiedział Dariusz machając ręką

 

- Może i tak... - Mariusz zastanowił się - Ale przecież ludzie lubią potańczyć. Po mojemu, to tutaj siedzi duży, niewykorzystany potencjał - Mariusz zasępił się nieco - Ale co poradzić, popularność jest żenująco niska, młodzi wolą sex, drugs i rock&roll.

 

Dariusz zaczął parodiować, nienaturalnie obniżając głos.

 

- I can't get no, satisfaction. Yeah!

 

- Rolling Stonesów zostaw w spokoju. Chłopy dobrze grają i mają szacunek dla bluesa - powiedział surowo Mariusz

 

 

- Przecież wiem, przekomarzam się tylko - zaśmiał się Dariusz - Hej, przecież są jeszcze inne, podobne zespoły. Ot choćby Szulerzy z ich płytą Pilnuj się!

 

- No, to nie jest taki normalny West Coast, ale rzeczywiście brzmienie tej grupy to swoisty rodzynek na naszej scenie bluesowej. Nieco podobnie jest z Blues Flowers. Znasz jakiś zespół, który byłby do nich podobny? Mają chyba jedne z ciekawszych tekstów, a na płytach - na przykład Bluesmentach - zawsze tak pomyślą, żeby zakręcić aranżację, albo sprowadzić ciekawych gości...

 

 

- Tam błyszczy świetny pianista przecież! - przerwał Dariusz - Bartek Szopiński, co i za granicą sukcesy święci. A co do oryginalności Kwiatków, to się zgodzę. Kto inny śpiewa bluesy o szczypiorku, czy trabancie?

 

Obaj panowie zaśmieli się serdecznie i pokrzepili trzema łykami piwa.

 

 

Zespół zakończył pierwszy set i udał się na przerwę. Dariusz skorzystał z okazji i poszedł do toalety, tymczasem Mariusz próbował flirtować z młodymi paniami obok. Odpowiadały mu słodkimi spojrzeniami, ale wiedział, że to tylko gra pozorów - w końcu doskonale znał te panie, spotyka je w klubie co tydzień, od ładnych paru lat.

 

Po kolejnym nieudanym flircie, rozejrzał się za gitarzystą, który akurat był zszedł ze sceny między stoliki.

 

- Romek! Puchowski, poczekaj chwilkę! - Mariusz skinieniem ręki zaprosił przyjaciela do stolika - Powiedz Roman co tam u ciebie? Szykujesz ty jakieś nowe projekty?

 

 

- Cześć Mariusz - odpowiedział, przysiadając się - chwilowo nic nie nagrywamy, promujemy w dalszym ciągu płytę Von Zeit - Ocieramy się, no i moją solową - Simply.

 

- Obie to kawał dobrego grania! - powiedział Mariusz - Zadziwia mnie twoja postać. Z jednej strony muzyczna alternatywa, z drugiej akustyczny surowy blues. A z trzeciej jesteś scenicznym wariatem!

- Tak to bywa, chyba po prostu mnie rozrywa - rzekł Roman - Wpadniesz ty kiedyś do Tczewa mego rodzinnego? Połowilibyśmy ryby, odpoczęli...

- Ja ryby łowię tylko w supermarketach - zażartował Mariusz

- Wedle życzenia!- odparł Roman - Słuchaj, muszę już wracać, ktoś mi gitarę próbuje ukraść.

- Ależ nie ma problemu, baw się dobrze! - Mariusz zawsze serdecznie żegnał się z przyjaciółmi.

 

Wreszcie powrócił i Dariusz, w sam raz, bo zaczynał się właśnie drugi set.

 

- Jesteś wreszcie! Siadaj, zaczynają właśnie. Z Romanem rozmawiałem, pozdrawiał twoją żonę.

- Złoty człowiek - Dariusz uśmiechnął się.

Romek wyszedł na scenę, podszedł do mikrofonu i zapowiedział utwór, dodając dedykację:

- Witam wszystkich po przerwie. Utwór, który teraz wykonamy chciałbym zadedykować żonie Dariusza. Robi najlepszy miód pszczeli w województwie! - publiczność zaczęła klaskać i z uznaniem kiwać głowami. Nie było mieszkańca, który nie zaopatrywał by się w słynne miody żony Darka.

- Mówiłem, że pozdrawia - Mariusz wyszczerzył zęby

- Ech, ty mój złotousty...

- A wracając do naszej rozmowy, to co - przekonałem cię? - spytał Mariusz

- Nie tyle przekonałeś, co przypomniałeś, ale i za to mogę ci podziękować: dziekuję! - Dariusz znany był z dobrych manier

- Ależ proszę! - Mariusz nie chciał być gorszy - A teraz cisza, posłuchajmy lepiej tej solóweczki.

- Zgredzisz.

 

- Koniec -

*Artykuł oczywiście sponsorowany

 


13/02/2010

Muddy Waters - Zdążyć za pędzącym światem

    McKinley Morganfield, znany szerzej jako Muddy Waters, jest uważany za pioniera elektrycznego bluesa. Nie jest to stuprocentowo zgodne z prawdą, bowiem nagrań z udziałem gitary wzmacnianej elektrycznymi przetwornikami już kilka lat wcześniej dokonywał T-Bone Walker, ale faktem jest, że to właśnie Muddy jest uważany za pierwszego przedstawiciela bluesa chicagowskiego. Świadczy o tym zarówno ilość nagranych utworów, które do dziś są standardami, jak i składy jego zespołów. Wymieńmy choć kilka postaci: Willie Dixon, basista, kompozytor i pracownik wytwórni Chess Records, autor wielu klasycznych utworów bluesowych; Little Walter, pionier elektrycznej harmonijki, muzyk, który zmienił podejście do tego instrumentu; Otis Spann, wielce utalentowany pianista, grający bardzo emocjonalnie, przedwcześnie zmarły (w wieku 40 lat) na raka.

Pan Robert Johnson, jak sądzę?


Pierwszych nagrań dokonuje w 1941 roku na plantacji Stovall. Zostały one zrealizowane przez Alana Lomaxa i Johna Work’a, etnomuzykologów, którzy szukali w okolicy Roberta Johnsona. Nie byli jednak w stanie go odnaleźć, gdyż umarł trzy lata wcześniej, ale dowiedzieli się, że w okolicy jest ktoś, kto gra w jego stylu. Tym kimś był właśnie Muddy Waters. Dwa lata później, po kłótni z nadzorcą plantacji, wyrusza on do Chicago. Dzięki pomocy swego wuja, Eddy’ego Boyda, szybko nawiązuje kontakty z lokalnymi muzykami. W 1948 roku dostaje swoją szansę – ląduje w studiu firmy Chess w Chicago i nagrywa pierwsze utwory. Szybko staje się jednym z czołowych czarnych muzyków tego miasta. Między 1951, a 1956 rokiem czternaście jego utworów znajdzie się na krajowych listach przebojów. Niestety czasy szybko się zmieniają, rozpoczyna się era rock&rolla. W 1955 roku utwór „Rock Around The Clock” zespołu Bill Haley and the Comets staje się ogólnokrajowym przebojem, podobnie rzecz się ma z „Maybellene” Chucka Berry’ego. Popularność nowego stylu muzycznego nabiera wielkiego rozpędu już rok później, gdy niejaki Elvis Presley nagrywa swój pierwszy hit pt. „Heartbreak Hotel”. W siłę rośnie też rodzący się styl soul music – pojawiają się pierwsze popularne piosenki Raya Charles’a.


To wszystko przejawy nowej epoki. Po Drugiej Wojnie Światowej jesteśmy świadkami powstania nowego zjawiska społecznego – młodzieży. Od teraz około 16 roku życia przestaje się być dzieckiem, choć nie jest się jeszcze dorosłym. Co ważniejsze grupa ta dysponuje pieniędzmi, które chętnie wydaje na rozrywkę, mając przez rodziców zapewniony dom, jedzenie i szkołę. Świat biznesu szybko to zauważa i wykorzystuje proponując „młodzieżowe” filmy i muzykę. A, że powiedzenie „młodzież musi się wyszaleć” nie wzięło się z powietrza, to i muzyka musiała być odpowiednia – najlepiej taka, która należy do „strefy zakazanej”. Dla nastolatków z tzw. dobrych białych rodzin jednym z większych tabu była właśnie kultura czarnych Amerykanów – ich zwyczaje, tańce i oczywiście muzyka. Elvis Presley był tym, który jako jeden z pierwszych zaczął śpiewać „po murzyńsku” i tańczyć na scenie – dla wielbicieli Franka Sinatry byłoby to nie do pomyślenia.


Z kolei muzyka soul była swego rodzaju manifestem czarnej młodzieży, która nie chciała myśleć o sobie, jako o potomkach niewolników i miała dość „tego bluesa”, który przypominał (i wielu z nich przypomina do dziś) o czasach, gdy trzeba było ciężko pracować na plantacjach. Młodzi Afroamerykanie podkreślali swą odrębność kulturową i byli z niej dumni. Umiarkowane tempo bluesa nie było w stanie oddać ich nastrojów, potrzebowali muzyki radośniejszej i bardziej żywiołowej – soulu.
Kolejne przeboje Elvisa, jak i Berry’ego (nagrywającego podobnie jak Muddy dla wytwórni Chess), znacznie spowalniają karierę Watersa, który zaczyna coraz więcej koncertować w kraju (bierze udział m.in. w Newport Jazz Festival) i za granicą, dając występy w Wielkiej Brytanii. Popularyzuje dzięki temu swoją muzykę wśród młodych muzyków rockowych, a szczególnie pewnej czwórki zwanej the Rolling Stones, która nota bene nazwę swojego zespołu wzięła od utworu Muddy'ego pt. „Rollin' Stone”. Inspiracje Stonesów nie ograniczały się tylko do nazwy, najważniejsza była muzyka. Pierwszy album the Rolling Stones pt. „England's Newest Hit Makers” zawiera utwory Willie Dixona, Chucka Berry'ego, Jimmiego Reeda i nie tylko. Materiał na drugi album pt. „No. 2” zespół nagrywa częściowo w chicagowskiej wytwórni Chess Records – tam, gdzie swoje nagrania realizowali Muddy Waters, Howlin' Wolf, Bo Didley. Tej, która stała się synonimem brzmienia chicago blues style. Na tym albumie możemy znaleźć utwór „I Can't Be Satisfied” autorstwa Watersa – jeden z ważniejszych w jego dorobku, pierwszy dzięki któremu stał się szerzej znany.

Electric Mud


Lata ’60 przynoszą muzyczną eksplozję. Na wyspach brytyjskich z jednej strony szaleje beatlemania (której początek datuje się na 1963 rok), z drugiej mamy wysyp angielskich grup rhythm&bluesowych – John Mayall’s Bluesbreakers, the Yardbirds, wspomniani już the Rolling Stones, Manfred Mann, Cream. W tym samym czasie za oceanem wielką popularność wśród czarnej społeczności zdobywa sobie muzyka soul, wydawana przez dwie najważniejsze wytwórnie: Stax (dla której nagrywał m.in. Otis Redding i Carla Thomas) oraz Motown (the Marvelettes, Martha and the Vandellas, the Supremes). Na tym lista się nie kończy. Swoich słuchaczy szokuje Bob Dylan porzucając gitarę akustyczną dla elektrycznego zespołu i wydając płytę „Highway 61 Revisited”. W 1967 roku odbywa się trzydniowy Monterey International Pop Festival, na którym występuje duża reprezentacja zespołów grających nową odmianę rocka – Big Brother and the Holding Company z Janis Joplin, Jefferson Airplane, Grateful Dead i The Jimi Hendrix Experience. Ten ostatni zespół w tym samym roku wydaje dwie przełomowe muzycznie płyty: „Are You Experienced?” oraz „Axis: Bold As Love”.


Psychodelia zyskuje sobie ogromną popularność, zwłaszcza wśród powstającej właśnie kultury hippisowskiej. Nic dziwnego, lata ’60 to czas jednego z największych przewrotów społecznych – trwa silna rywalizacja między demokracją, a komunizmem, na całym świecie rozpadają się kolonie, pojawia się pigułka antykoncepcyjna. Od tego momentu młode kobiety nie będą się obawiały związków przedmałżeńskich, stają się bardziej niezależne. Młodzież (głównie studencka) jest zażenowana panującym konsumpcjonizmem, masowo organizuje się demonstracje antywojenne – słowem przewrót w prawie każdej dziedzinie życia. Można wyczuć chęć odcięcia się od tego świata, a dobrymi sposobami są narkotyki i nowa, transowa muzyka – rock psychodeliczny.
Pewnego dnia Marshall Chess – syn Leonarda Chess'a, założyciela wytwórni – proponuje Watersowi nagranie płyty psychodelicznej, by przyciągnąć do niego nową publiczność. Psychedelic rock jest na celowniku młodych i to właśnie z myślą o nich powstaje album „Electric Mud”. Skład jaki towarzyszył Muddy'emu został wybrany przez producentów. Na płycie zagrali m.in.: Pete Cosey na gitarze (towarzyszył Milesowi Davisowi na jego pierwszych elektrycznych płytach), czy Louis Satterfield na basie (związany z Earth, Wind & Fire). Album był bardzo mocno krytykowany, zarówno przez recenzentów, jak i słuchaczy – zwracano uwagę, że właściwie nie jest to album bluesowy. Rzeczywiście, zawarte na nim utwory, to w większości standardy bluesowe, napisane przez Dixona bądź Watersa, ale zagrane po nowemu – na rockowo.


    Ostatecznie album sprzedał się całkiem nieźle – ponoć zakupiono od 150 do 200 tys. sztuk, co na standardy wydawnictw bluesowych wydaje się być liczbą co najmniej przyzwoitą. Jednak na przełom Marshall Chess czekał całe lata. Dopiero w następnym, XXI wieku, w dokumencie pt. „Godfathers and Sons” zrealizowanym na stulecie bluesa (w 1903 roku W.C. Handy zapisał pierwszego bluesa, usłyszanego na stacji kolejowej w Missisipi), obserwujemy jak Chuck D, raper z zespołu Public Enemy, kontaktuje się z Chessem i opowiada, że zainteresował się Muddy Watersem i bluesem – a wszystko zaczęło się właśnie od płyty „Electric Mud”. W dalszej części filmu oglądamy, jak Chess ponownie zbiera zespół, by nagrać płytę-pomost pomiędzy bluesem a hip-hopem. Niestety album ten nie został nigdy wydany, ale ważniejsze jest to, że podjęty w 1968 roku eksperyment się powiódł.


    Niepowtarzalny głos Watersa w połączeniu z psychodeliczną muzyką zwróciły uwagę młodej publiczności na bluesa – okrężną drogą, ale jednak. Marshall Chess na tym nie poprzestał i rok później została wydana płyta „Fathers and Sons” nagrana z takimi muzykami, jak Paul Butterfield, Mike Bloomfield, Buddy Miles i Donald „Duck” Dunn po stronie „synów”. „Ojcami” byli instrumentaliści z zespołu Watersa. W 1971 roku w Anglii powstanie jeszcze album „The London Session”, na którym znaleźli się muzycy dużo bardziej atrakcyjni dla młodego pokolenia: Steve Winwood, Rory Gallagher, Mitch Mitchell, Georgie Fame, jednak muzycznie jest to album dużo słabszy od „Electric Mud” – artyści nie byli w stanie dobrze się zgrać z legendą bluesa.


Uważam, że wydanie tych płyt (myślę głównie o „Electric Mud”) to jedno z ciekawszych zjawisk, jakie wydarzyło się w środowisku bluesowym w tamtych latach, ponieważ pokazuje ono próbę wykorzystania aktualnych trendów muzycznych, a także nastrojów społecznych, do spojrzenia wstecz, na przeszłość. Ta płyta pokazuje, że nawet muzyczni pionierzy chcąc zdobyć nowych słuchaczy, muszą się podejmować karkołomnych projektów – które czasem się udają, a czasem nie. W każdym razie było to na pewno poszukiwanie nowego kierunku rozwoju dla bluesa, rodzaj sprawdzianu, czy taka muzyka może jeszcze być nośna i oddawać stan ducha społeczeństwa. Biografowie Watersa często pomijają płyty z tego okresu, traktując ją jako ofiarę komercyjnych planów wytwórni, a przecież same dane sprzedaży powinny zwrócić ich uwagę na „Electric Mud”. Bardzo trudno byłoby dokładnie określić liczbę osób, które dzięki tym albumom zainteresowały się korzeniami ówczesnego rock&rolla, choć nie mogła ona być mała, skoro większość nakładu została wykupiona przez fanów Hendrixa, Janis Joplin i Rolling Stones, a nie przez ludzi słuchających bluesa.

Blue Sky


    Na sukces wśród fanów zarówno bluesa, jak i rocka trzeba było jeszcze trochę poczekać. W drugiej połowie lat '70 Muddy Waters powraca na rynek muzyczny, tym razem pod barwami wytwórni Blue Sky prowadzonej przez managera Johnny'ego Wintera. Produkuje on (Winter) płytę „Hard Again”, której tytuł świetnie oddaje zawartość – słychać, że sześćdziesięciodwuletni Muddy wziął drugi oddech i, że udało się nagrać pełen energii album. Wielka w tym zasługa samego Wintera, który poza produkcją, zagrał tu na gitarze, przejmując partie Watersa. Zmianę widać również w kilku tekstach. Wyraźnie puszczają one oczko do nowej, bardziej rock&rollowej publiczności. Jednym z takich utworów, którego sama nazwa stała się bardzo znanym hasłem jest „The Blues Had A Baby And They Named It Rock And Roll”. Zadziwiająco długa, ale ostatecznie pełniła raczej funkcję sloganu. I słusznie, bo rodowód rock&rolla jest ściśle związany z bluesem. Wystarczy wspomnieć, że w dokonaniu pierwszych nagrań pomagał Chuckowi Berry'emu... Muddy Waters.


    Świat jednak wyprzedził Watersa. Jeżeli jeszcze „Electric Mud” to tempo utrzymywał próbując zwrócić się do hippisów, to „Hard Again” je zarzucił, pozostając płytą dla fanów bluesa i wczesnego rocka. Ale czy Muddy był jeszcze w stanie ten świat gonić? O ile jeszcze mógł się choć częściowo utożsamiać z hasłem „sex, drugs & rock and roll”, to za epoką muzyki funky raczej nie przepadał1. Chyba nie tylko pod względem muzyki – Waters miał już swoje lata, nie nadawał się do prowadzenia buntu młodych czarnych Amerykanów. Jego zadaniem było śpiewanie „Got My Mojo Working”, a nie „Say It Loud, I’m Black and I’m Proud”. Wychowany na wsi, uczący się gry na gitarze od Son Housa i Roberta Johnsona Muddy nie mógł się też zainteresować elektroniką, która właśnie zaczynała się pojawiać w niektórych nagraniach. Zapewne gdyby ktoś zaproponowałby mu zastąpienie swego perkusisty Willie „Big Eye” Smitha, z którym grał nieprzerwanie od lat ’50, automatem perkusyjnym, uznałby, że ta osoba jest niespełna rozumu.


    Blue Sky wyda jeszcze 3 płyty Muddy'ego: studyjną „I'm Ready” nagraną wraz z przyjaciółmi, z którymi grał przed ponad dwudziestu laty – Jimmy Rogersem i Big Walter Hortonem; koncertową „Muddy >>Mississippi<< Waters Live” i wreszcie ostatnią studyjną „King Bee” nagraną w 1981. Dwa lata później Muddy umiera z dorobkiem 7 nagród Grammy, w tym jednej przyznanej za całokształt twórczości. Zostaje ponadto jako jeden z pierwszych wprowadzony do „Rock and Roll Hall of Fame”, a magazyn „The Rolling Stone” umieszcza go na 17 miejscu listy Najlepszych Artystów Wszech Czasów. Piękny koniec, pięknej kariery!


30/08/2009

Krzysztof Herdzin Trio

Dawno nie pojawił się żaden tekst, ten właściwie też nie powinien się tutaj pojawiać, jako, że dotyczy bardziej jazzu niż bluesa, ale myślę, że z dwóch powodów warto go tutaj umieścić.

Powód 1 - warto słuchać (a więc i pisać) różnorodnej muzyki, a z jazzem nam przecież po drodze

Powód 2 - warto posłuchać tego, co ma nam do zaproponowania KHT!

 

Mam nadzieję, że ten skręt w stronę jazzu w ostatecznym rozrachunku wyjdzie na dobre. Zapraszam zatem do czytania!

 

*********

 

Gorąco polecam wszystkim wybranie się na koncert tytułowego tria. Panowie Herdzin, Wegehaupt (Zbigniew) oraz Konrad (Cezary) grają niecodzienne dźwięki, a jak mówi sam lider: „staramy się grać inaczej niż wszyscy, a państwo niech ocenią, czy nam to wychodzi”. No cóż... Mogę zapewnić, że wychodzi, w dodatku wspaniale!

 

Ostatnio często słucham starszych nagrań z kręgu bluesa i jazzu: Jimmy'ego Witherspoona, Oscara Petersona, Memphis Slima, Counta Basiego, Eddie „Cleanhead” Vinsona itp. Niektóre płyty odtwarzam na okrągło i osłuchałem się już ze swingowym rytmem na tyle dobrze, że troszkę mi się on nawet przejada. Tu ujawnia się siła trio p. Herdzina - jest to muzyka zakorzeniona mocno w swingowej tradycji, ale operująca innymi środkami wyrazu. Utwory tria nie mają jakże często powtarzanej struktury temat - solo 1 - solo 2 - solo 3 - temat. Krzysztof Herdzin proponuje nam muzykę zespołową, czyli tworzoną równocześnie przez wszystkich członków zespołu, z równym ich wkładem. Każdy muzyk ma naprawdę sporą rolę w zespole, a podkreślić należy zwłaszcza zjawiskową współpracę perkusisty z pianistą. Obaj muzycy grają ze sobą od dłuższego czasu (ponoć 20 lat) i dobrze się znają, choć nadal potrafią się wzajemnie zaskakiwać.

 

Właśnie postać perkusisty Cezarego Konrada zasługuje na osobny akapit, bo nie jest to muzyk, jakiego się często spotyka. Przede wszystkim swój instrument - jakby nie patrzeć perkusyjny - zamienia w melodyczny robiąc to za pomocą pałeczek, wałków, szczotek i swoich własnych palców. Używając wszystkich tych rzeczy potrafi zbudować świetne zaplecze muzyczne dla pianisty i kontrabasisty. Oczywiście nie jest to dziełem przypadku - p. Konrad świadomie podąża w kierunku umelodyjnienia bębnów. Z przymrużeniem oka mogę powiedzieć, że w ten sposób ujawnia się tęsknota p. Cezarego za instrumentem „prawdziwie” melodycznym - pianinem, którego naukę wcześniej zarzucił.

 

Duet Herdzin & Konrad zachowuje się jak jedna dusza (muzyczna) w dwóch ciałach. Wspaniale ogląda się (i słucha) tego na koncercie:

 

Obaj panowie są wpatrzeni w siebie, czekają na ruch drugiej osoby, który zdradzi im to, co ma zajść w następnych taktach. Konrad zaczyna grać rękami na werblu, w odpowiedzi Herdzin zaczyna powtarzać jego partię. Nagle słyszymy uderzenie hi-hata! To znak na zmianę ról w tym przedstawieniu: teraz propozycje padają od pianisty, który bawi się rytmem, zmieniając znacząco charakter utworu. Ta zabawa trwa dłuższy czas, doprowadzając nawet do tego, że w pewnym momencie p. Krzysztof zaczyna grać uderzając zamknięciem pianina, a p. Cezary odpowiada mu klaszcząc dłońmi. Dzieje się to tak nagle, że chwilowo dezorientuje słuchacza i właściwie zanim się on z tym oswoi, cała trójka muzyków wraca do swoich standardowych ról, robiąc coraz większe „zamieszanie” i doprowadzając utwór do wielkiego finału. Pałeczkę przejmuje wtedy publiczność, która oklaskami i okrzykami daje upust swojej radości. Brawo! Bis!

 

Bardzo chętnie wybrałbym się na kolejny koncert tria. Dlaczego? By móc ponownie podziwiać wyobraźnię Cezarego Konrada, aby wysłuchać wspaniale granego przez zespół utworu bluesowego (tak, tak!), by uczestniczyć w inteligentnie prowadzonym występie, a przede wszystkim po to, by jeszcze raz usłyszeć bardzo ciekawą i niecodzienną muzykę, serwowaną przez naszego oscarowego* pianistę!

 

Kurson

 

* - Krzyszof Herdzin pracował wspólnie z Janem A. P. Kaczmarkiem przy muzyce do nagrodzonego Oscarem filmu „Finding Neverland” (PL „Marzyciel) (2004).

 

Ps: A propo bluesa i jazzu, to piękny cytat znalazł B&B z Forum Okolic Bluesa: 

Za największą gwiazdę robił Memphis Slim, ale ja nigdy nie uważałem starego bluesa za czysty jazz. Interesował mnie ten gatunek bardziej teoretycznie niż emocjonalnie. Wiem że to błąd - blues jest piękny, ale tak już jest - to nie ja przecież ustawiałem swoje geny. -  Jan Ptaszyn Wróblewski

Źródełko: http://blues.com.pl/viewtopic.php?t=13925


11/02/2009

Relacja z 25th International Blues Challenge

25th International Blues Challenge

 

 

To było czyste szaleństwo! Nie wiem czy jest na tej planecie lepsze miejsce niż Memphis podczas IBC. Pewnie tak, ale ja w nim nie byłem! Blues jest na ulicach w takiej ilości, że można się o niego potknąć, w klubach od groove'u w kolorze blue jest tak gęsto, że ludzie się nim duszą. Dodajmy, że bardzo różnorodnego groove'u! Najwięcej jest zespołów grających mocną, gitarową odmianę bluesa, znalezienie rodzynków zajmuje więc nieco czasu, ale warto szukać, by posłuchać muzyki inspirowanej jazzem lat '30; piedmontem; zachodnim wybrzeżem; melodyjnym folkiem, czy czegokolwiek sobie byśmy nie zażyczyli.

Rudy Williams & Chicago Blues Revue - Denise Moscardelli 

25th IBC Kick-Off Concert

 

Uff! Pora na konkrety. 4 lutego odbyło się wielkie spotkanie wszystkich muzyków i ludzi bluesa, a później miał miejsce „25th IBC Kick-Off Concert” z udziałem finalistów i zwycięzców z poprzednich lat. Pisałem już o tym w gorących relacjach dla TB Online, więc tutaj skupię się na przypomnieniu fenomenalnych artystów jakich zobaczyłem tamtego wieczoru. Chronologicznie, a co tam!

 

The Homemade Jamz Blues Band - Zdobywcy drugiego miejsca na IBC 2007

 

Informacja o tym młodziutkim, rodzinnym trio, wspomaganym czasem przez ojca na harmonijce, obiegła świat już wielokrotnie. Bardzo wyczekiwałem ich występu! Wiadomo, każdy chce zobaczyć na żywo taką rewelację. Od razu powiem - nie zawiodłem się. Zaskoczył mnie zupełnie profesjonalizm i poziom techniczny każdego z rodzeństwa. Śmiało i bez wstydu mogą stawać na jednej scenie z wieloma gwiazdami. Całkowicie wciągneli mnie za sprawą groove'u, jaki potrafią wytworzyć na tych śmiesznych, ręcznie robionych gitarach. Tu słychać Deltę i całą jej brudną motorykę! Inspirują się SRV i Hendrixem, ale są od nich dużo bardziej bluesowi i przesiąknięci duchem Son House, czy R.L Burnside'a. Na szczęście kupiłem ich płytę i mogę wam palcem pokazać utwory, gdzie słyszę ten feeling: Voodoo Woman, Blues Concerto, Pay Me No Mind i więcej... Boję się myśleć co będą grać za 10 lat!

 

Trampled Under Foot - Zdobywcy pierwszego miejsca na IBC 2008

 

Nie wiedziałem o nich NIC. Nie słyszałem by ktokolwiek w Polsce o nich mówił, więc zwróćcie na nich SZCZEGÓLNĄ uwagę!

 

Występ Homemade był wspaniały i byłem w siódmym niebie, gdy nagle znalazłem się w ósmym. Wydawało mi się to niemożliwe, ale TUF dali jeszcze lepszy koncert! To również rodzinne trio, już starsze. Podaję skład UWAGA ZAPAMIĘTUJEMY!

 

Danielle Hudspeth - gitara basowa, śpiew

Kris Schnebelen - perkusja, śpiew

Nick Schnebelen - gitara, śpiew

 

Nazwa może wam się wydawać śmieszna, ale gdy obejrzycie ich koncert zgodzicie się ze mną, że oni wdeptują publiczność w ziemię. Nie bez powodu zdobyli w 2008 roku pierwsze miejsce na IBC! Pamiętam jak dziś ten koncert - zaczął Nick na dobro, grając slidem. Przypomniały mi się kojące melodie Blind Willie Johnsona. Po pewnym czasie zaczął wybijać rytm na stopie i hi-hacie podnosząc napięcie i prowadząc swoim silnym, mocnym głosem w przeszłość, do Delty... Po tym spokojnym początku, na scenie pojawiła się reszta rodzeństwa i zagrali swój numer - Fog. Na ich Myspace możecie tego posłuchać, ale na żywo brzmiało to trzy razy lepiej! To był dla mnie dowód, że utwór w wolnym tempie absolutnie nie musi być spokojny, czy 'nudny' - tak mocno tupałem, wybijając rytm, że prawie zrobiłem dziurę w podłodze! To było dla mnie objawienie. Kocham ich - każde z osobna jest wirtuozem swojego instrumentu, do tego mamy wspaniałą przeciwwagę wokalną dla Nick'a w postaci cudnego głosu Danielle. Uwielbiam sposób w jaki ona potrafi krzyknąć... Z tej różnorodności brzmienia TUF doskonale zdaje sobie sprawę i tak układa utwory, że słuchamy ich głosów na przemian, co np. dwa utwory. Dzięki temu nikt nie odczuwa zmęczenia, cały czas jest świeżo, ciekawie i muzycznie na ogromnym poziomie.

 

TUF pokazuje jaki trzeba mieć profesjonalny zespół żeby wygrać IBC. Koniecznie spróbujcie kupić ich ostatnią płytę „May I Be Excused”, dostępną na ich stronie internetowej. Znajdziecie tam prawie 80 minut muzyki i 12 autorskich utworów. Klasa!

 

Sean Carney Band - Zdobywcy pierwszego miejsca na IBC 2007. Nagroda im. Alberta Kinga dla najlepszego gitarzysty finałów dla Seana.

 

TUF mnie wypompował, odczuwałem coraz większą senność (zmiana strefy czasowej dawała o sobie znać, choć była dopiero 23). Na szczęście ktoś miał głowę do planowania przebiegu koncertów i wiedziałem, że teraz będę mógł się relaksować przy jazzowo - bluesowych brzmieniach. Sean kilka razy pojawiał się w „Twoim Bluesie” w relacjach z różnych koncertów, wiedziałem więc, że wystąpi z nim tego wieczoru weteran kalifornijskiej gitary basowej - Bill Stuve. Sean dał bardzo dobry koncert, choć szkoda, że zdecydował się na formułę tria - w wypadku takich brzmień bardzo lubię posłuchać dobrej sekcji dętej i natchnionego pianina, czy hammonda.

 

Do wszystkich fanów spuścizny T-Bone Walker'a - Sean znakomicie ją przerobił i nadal potrafi wyciągnąć bardzo dużo nowego i świeżego grania. Posłuchajcie go tu i tam, a zobaczycie, że jako gitarzysta znalazł własną ścieżkę. Jest niepowtarzalny i zarazem przesycony klasycznym jazz-bluesem i jump-bluesem.

 

To również wspaniały człowiek i jestem bardzo dumny z tego, że spodobała mu się gra naszego zespołu (prowadził Youth Showcase w którym uczestniczyliśmy, przyszedł też na nasz półfinałowy koncert). Usłyszałem od niego dużo komplementów i tym bardziej chciałbym go wypromować w Polsce! Sean prowadzi też bardzo cenną inicjatywę - „Blues For A Cure” i wydaje płyty, których całkowity dochód idzie dla Blues Foundation, wspierając fundację HART. Finansuje ona pobyt w szpitalu (m.in. Sean korzystał z ich pomocy), bo muzycy w USA rzadko mają ubezpieczenie zdrowotne. Ta sama fundacja pomaga (również finansowo) rodzinom wyprawiać pogrzeby. Wiem, że pomagali m.in. rodzinie Harrington, gdy zmarł Carey Bell.

 

Pamiętajcie o Seanie! Napisał mi, że postara się zagrać w Polsce, ale to nieco pewnie potrwa, więc spróbujcie najpierw kupić jego płyty, bądź złapać go na koncercie gdzieś za granicą.

 

Zac Harmon Pierwsze miejsce na IBC 2004 & Jonn Richardson Band Pierwsze miejsce na IBC 2005. Nagroda im. Alberta Kinga dla najlepszego gitarzysty finałów dla Jonna

 

Zac przez cały wieczór był głównym konferansjerem, ale w końcu i na niego przyszła pora! Już na początku zapewnił, że będzie dużo dobrego, bluesowego jamowania na scenie. Nie oszukiwał! Harmon to prawdziwy wariat i bluesman 21 wieku! Jest nowoczesny i ma ogień na gitarze, ale w jego śpiewie zachowało się to co w korzennym bluesie najlepsze - na pewno wiecie co mam na myśli. Nie mniej interesujący był Jonn, który również zaprezentował się wokalnie (bez kompleksów!). Porywające były dialogi obu gitarzystów, pełne zwrotów akcji zagrania no i końcowa zapowiedź Zaca - „Hej, perkusisto! Słyszysz mnie? Pomóż mi przemienić ten teatr w juke-joint!” - po, którym zaczął grać dużo szybciej, a gdy cały zespół zaskoczył, czułem, że doświadczam totalnego wariactwa! Na szczęście dla mnie był to ostatni numer, bo o wpół do pierwszej w nocy, byłem już totalnie przemęczony. Wróciłem do hotelu wielce zadowolony z możliwości posłuchania tak wspaniałego i różnorodnego bluesa, zachwycony zarazem wielką kulturą sceniczną jamowiczów.

 

Finały 25-ego IBC. Kategoria „Zespół”

 

Do przybliżenia kilku bardzo ciekawych zespołów jeszcze powrócę, przedtem opowiem jak wygląda IBC od strony organizacyjnej.

 

Na IBC są dwie kategorie konkursowe - zespołowa i solo/duo. Doliczyłem się 93 zespołów grających w 10 klubach - Alfred's, Blues City Cafe, Club 152, Double Deuce, Hard Rock Cafe, New Daisy Theater, Old Daisy Theater, Rum Boogie Cafe, Superior i B.B. King's gdzie grali Boogie Boys. Jeżeli chodzi o kategorię solo/duo, to wykonawców było 64, a występowali oni w 6 klubach - Mr. Handy's Blues Mall, Pig on Beale, Handy Park Blues Tent, Tap Room, Wet Willies oraz King's Palace Cafe w którym grałem wraz z Witkiem.

 

Podczas dwóch wieczorów, 5 i 6 lutego, od 17:30 do północy, trwały muzyczne zmagania. Choć nie, nazywanie IBC „zmaganiami” to wielka pomyłka. Organizatorzy kładą duży nacisk na atmosferę powtarzając, że walczyć trzeba z kartami ocen, nie z innymi muzykami. I to działa! Zewsząd można usłyszeć przyjacielskie „good luck!” przed wyjściem na scenę, a artyści szanują się nawzajem i wspierają podczas grania. W Memphis wszystkich łączy blues i choćby dla samej atmosfery warto się tu pojawić! Wracając do półfinałów, każdy wykonawca grał dwa razy, dla dwóch różnych składów sędziowskich (nie wspominając o publiczności). Kryteria sędziowskie znajdziecie na stronie Blues Foundation (www.blues.org), ja dodam tylko, że sędziowie (rekrutowani spośród muzyków i znawców bluesa) mogą na kartach ocen dodawać swoje komentarze, co dla początkujących muzyków jest wielkim skarbem! Z niecierpliwością wyczekuję ich opinii (niestety nie dostaje się ich od razu).

 

Granie koncertu w Stanach, a w Polsce to dwie różne rzeczy. Wsparcie jakie się ma w klubowej publiczności jest po prostu nieporównywalne! Amerykanie bardzo chętnie uczestniczą w show, rzucają komentarze, wspaniale reagują na rzeczy, które dzieją się na scenie. Myślę, że to wynika z nastawienia. Na IBC wszyscy przychodzą specjalnie na bluesa, w Polsce - różnie. Większość Amerykanów bluesa słyszało, w końcu to część historii ich kraju. Przeciętny fan jest zatem nieco lepiej osłuchany w USA niż Polsce. Co będę opowiadał - posłuchajcie sami: Witek umieszcza sukcesywnie nasze (i nie tylko!) nagrania z IBC na YouTube - www.youtube.com/smokinboyjones. Jest różnica, prawda?

 

Niedługo po wybrzmieniu ostatnich akordów, przed godziną 1 w nocy, ogłoszono kto dostał się do finału. Z przyjemnością dostarczyliśmy dobrą nowinę Michałowi, Szymonowi i Bartkowi, którzy spokojni, wyluzowani, stali na Beale Street wyglądając jakby zapomnieli o całej imprezie :-)

Finaliści mieli grać następnego dnia w pięknym Orpheum Theater. Najpierw odbyły się finały w kategorii „Zespół”, a dopiero po ponad sześciu godzinach (dodajmy, że pełnych przedniej muzyki), dla mocno przerzedzonej publiczności, zagrali finaliści „Solo/Duo”. Nie będę omawiał każdego występu, przypomnę tylko tych, którzy szczególnie mi się spodobali. Pełna lista finalistów znajduje się oczywiście na stronie Blues Foundation. Kolejność sobie pozmieniałem.

 

The Roger Girke Band

 

Ten zespół przypadł mi do gustu ciekawymi aranżacjami utworów, jak również brzmieniem. Po wysłuchaniu ciężkich gitar miło było posłuchać czegoś lżejszego. Byliby w mojej czołówce, ale „czegoś” im zabrakło.

 

The Mikel Lander & Meridith Moore Band

 

To była dopiero niespodzianka! Bardzo ciekawa muzyka, z szerokimi inspiracjami. Na długo zapamiętam brzmienie zespołu - ciemny, mocny aksamit, łagodzony przez kojący saksofon, podgrzewany przez absolutnie przewspaniałe gitarowe riffy, grane techniką slide. Ileż brzmienia ten gitarzysta potrafi wyciągnąć w trzech dźwiękach! Ogromnie żałuję, że nie zagrał żadnej dłuższej solówki. W notatkach mam zaznaczone, że może dostać nagrodę dla najlepszego gitarzysty (im. Alberta Kinga). Nie dostał, ale dobre wrażenie pozostało.

 

Boogie Boys

 

Otrzymali jedną z kilku owacji na stojąco - zasłużenie! Przyznam, że przed wyjazdem do USA nie widziałem ich ani razu, z tym większą przyjemnością oglądałem każdy kolejny występ! Muzyka na najwyższym poziomie (prowadzący finały Jason Ricci i Cassie Taylor piali z zachwytu), do tego znakomity sceniczny show! Teraz w Memphis słówko „polish” to synonim „good stuff”!

 

MonkeyJunk - Zdobywcy trzeciego miejsca na IBC!

 

Dopiero na finałowym koncercie dowiedziałem się, że liderem formacji jest Steve Marriner. Strasznie się ucieszyłem, bo ten człowiek ma wprost niesamowite brzmienie. Dla mnie może grać jeden dźwięk na harmonijce, a nigdy się nie znudzę. W tym zespole jednak pokazywał się głównie jako wokalista i rytmiczny gitarzysta grający również linię basu. Drugi gitarzysta - Tony D - obsługiwał slidem gitarę prowadzącą. W finałach zagrali m.in. utwór Freddie Kinga „Boogie man” i to było coś! Sensowne granie z powerem i to w trio!

 

Ty Curtis Band - Zdobywcy drugiego miejsca na IBC!

 

Udało mi się zobaczyć fragment ich występu wcześniej, w Club 152 i spodobali mi się od razu! Wystarczy popatrzeć na harmonijkarza by wiedzieć co chłopaki grają (wygląda jak chudy William Clarke), a posłuchać trzeba by usłyszeć JAK. Ujęli zarówno jurorów jak i publiczność, która na stojąco nagradzała ich oklaskami, gwizdami i okrzykami. Lubię zespoły, które mają w sobie dużo klasycznego brzmienia chicagowskiego/kalifornijskiego, a jednocześnie dodają od siebie dużo nowego. Na ogromny plus zaliczam ich granie na totalnym luzie i wspaniałe jednoczesne frazy harmonijki i gitary. Bardzo dopracowany i zakręcony repertuar!

 

J.P. Soars & the Red Hots - Zdobywcy pierwszego miejsca na IBC! Nagroda im. Alberta Kinga dla najlepszego gitarzysty finałów, dla J.P.!

 

J.P. zagrał jako ostatni wykonawca w swojej kategorii. Do tego czasu byłem dość spokojny o medalowe miejsce dla Boogie Boys. J.P. dołączył jednak do mojej ścisłej finałowej czołówki i to w taki sposób, że znalazł się wysoko na jej szczycie, zostawiając resztę w tyle. Chyba nikt kto był wtedy w Orpheum Theater nie może zaprzeczyć, ze J.P. był najlepszy. To jest aż zadziwiające, że taki profesjonalista do dziś nie nagrał płyty dla dużej wytwórni! Jak brzmi muzyka the Red Hots? To blues z wielkim jazzowym piętnem. Muzycznie J.P. jest podobny do Dave Spectera, ale dla mnie go przebija. No i śpiewa! Że wygra nagrodę dla gitarzysty byłem pewny po jego wspaniałej, cichej solówce. O tak! Mam nadzieję, że wszyscy hałaśliwi nasuwacze dokładnie go słuchali i zobaczyli, że prawdziwego bluesa można, a nawet trzeba grać cicho.

 

W ostatnim utworze, J.P. wziął gitarę zrobioną przez brata (całkowity koszt to 5$), mającą tylko dwie struny i jeździł po kiju od szczotki slidem. Musiał się spieszyć, bo obowiązywało ograniczenie czasowe, ale na szczęście (a bardzo się bałem!) zdążył. I też dostał owację na stojąco, choć wszyscy byli bardzo zmęczeni, trwającymi pięć godzin finałami. Więcej takiego bluesa!

 

Jeszcze śmieszna rzecz - spotkaliśmy z Witkiem J.P wraz z zespołem (to też trio) grających koncert (pod wieczór) w King's Palace dla pięcioosobowej publiczności. Ktoś ich zaprosił i spontanicznie zaczęli grać. Niestety zdążyliśmy wysłuchać tylko jednego utworu, bo wcześniej szukaliśmy lokalu żeby pojamować (do czego jeszcze wrócę). Udało nam się z nimi porozmawiać - to spoko goście! Bardzo mili, mogłem sobie z bliska obejrzeć tę pięciodolarową gitarę (zastanawiałem się nad kupnem za 10$ :-]), zebrałem sobie też podpisy członków zespołu na festiwalowy program. To niesamowite, ale właściwie nie widziałem w Memphis żadnego „gwiazdora”. Wszyscy, których poznaliśmy podczas pobytu byli bardzo przyjaźnie nastawieni i do nas, i do świata. Mówiłem wam przecież o atmosferze!

 

Możecie posłuchać pierwszego utworu jaki J.P. wykonał podczas finałów IBC - http://www.youtube.com/watch?v=jWko_z7iN_8 Warto!

 

 

Finały 25-ego IBC. Kategoria „Solo/duo”

 

 

Gdy ogłoszono zwycięzcę w kategorii „Zespół”, można było się zrelaksować i rozprostować nogi do następnego bluesowego maratonu. Skorzystaliśmy z okazji i poszliśmy posiedzieć pod pomnikiem Elvisa, który znajduje się naprzeciwko Teatru. Zabijaliśmy czas rozmawiając z przyjaciółmi i słuchając Eden Brent, która grała w holu. Co jakiś czas dołączali się do niej goście i nawet Witek miał okazję zaprezentować się z nią w duecie, na pięknym fortepianie Steinway'a.

 

Nadeszła w końcu godzina finału! Zajęliśmy jak najlepsze miejsca pod względem akustycznym (co nie było trudne, sala była teraz w ponad połowie pusta) i skupiliśmy się. Wykonawców z tej kategorii wymienię wszystkich, potraktujcie to jako promocję kameralnego grania.

 

 

Austin „Walkin' Cane”

 

Jedyny wykonawca o którym wiedziałem coś, niecoś wcześniej. Niestety nie przypadł mi do gustu. Ma bardzo mocny głos i ciekawie gra na drewnianej gitarze rezofonicznej, ale muzycznie mnie nie wciągnął.

 

Jon Shain & FJ Ventre

 

Duet gitara - kontrabas. Bardzo przyjemne dla ucha dźwięki, czasem opuszczające bluesa na rzecz folku. Dobrze się ich słucha, bo grają wpadające w ucho melodie, ale chyba troszkę zbyt przesłodzona muzyka (zwłaszcza jak grają w większym składzie). Choć duet z przyjemnością obejrzałbym ponownie.

 

Bubs McKeg

Czarodziej... Nie uwierzylibyście, że starszy, niski pan, może wyjść na scenę i z pomocą swojej elektrycznej gitary stworzyć taki piękny klimat. Gdyby ktoś zrobił szufladkę "Muzyka dla duszy" pan McKeg byłby w niej diamentem! To niesamowite, że samym śpiewem można tak zauroczyć. Myślałem, że zajmie pierwsze miejsce, bo w śpiewie jest bluesowy do szpiku kości, a w grze nowatorski, ale niestety nie udało się (w kategorii solo/duo nie przyznaje się poza tym trzeciego miejsca). Po jego koncercie długo dźwięczał mi w uszach piękny gospel - Jesus gonna tell me...

L.C. Ulmer & Chase Holifield

 

Nasi wielcy przyjaciele! Ulmer to autentyk bluesowy, urodzony w 1928 roku w Missisipi. To prawdziwy bluesman, doprawdy relikt swojej epoki! Gra najbardziej pokręconego bluesa, jakiego w życiu słyszałem. 12 taktów? Ulmer w życiu o nich nie słyszał! Śpiewa m.in. piosenkę w której jest tylko jeden wers - „She's bad” - i robi to z takim przekonaniem, że można by go słuchać cały dzień. A wiecie co by wam powiedział, gdybyście go zapytali o wpływy? „Pola bawełny, blues, Biblia, maszyny rolnicze, wagony towarowe, czyszczenie butów, Bo Diddley. Chase to jego 17-letni uczeń, który wspomaga swojego mistrza grą na gitarze elektroakustycznej. Jestem ciekawy co z niego wyrośnie, po tak długim graniu z Ulmerem!

 

Żeby sobie choć wyobrazić co się dzieje na scenie podczas ich występów, trzeba by pomyśleć o zwariowanym dziadku, mającym ogrom sił witalnych, tańczącym na scenie i grającym jak radosny Fred McDowell, z tą różnicą, że nie slidem. Właściwie słowo pisane nie jest w stanie oddać w pełni tej niezwykłości. W każdym razie L.C. Ulmer to BLUES!

 

Fragment występu w/w duetu na finałach IBC - http://www.youtube.com/watch?v=6w1zj1Pu5V0.

 

Alphonso & Richard - Drugie miejsce na IBC 2008!

 

Ten zespół mieliśmy w naszej grupie półfinałowej. Dwaj profesorowie bluesa (po studiach jazzowych) grają dziwną muzykę. W repertuarze mają wodewilowe, inspirowane wczesnym jazzem utwory, zaaranżowane na pianino, głos, saksofon i flet. Dobrze grają, ale nie podoba mi się ich muzyka. Odbieram to bardziej jako kabaretowy dowcip, niż muzykę do słuchania. Szanuję jednak decyzję jury.

 

Little Joe McLerran - Pierwsze miejsce na IBC 2008!

 

Podobnie jak Bubs McKeg, ten młodziutki gitarzysta potrafi czarować. Mnie zaczarował swoją gitarą. Znałem brzmienie tzw. „piedmont bluesa”, ale tak wspaniale zagranego, z ogromną pasją i radością, nie słyszałem. Właściwie ciężko mi powiedzieć gdzie kryje się tajemnica jego brzmienia. Gra w tradycyjnym stylu i myślałem, że zdobędzie drugie miejsce (pierwsze miałby wtedy Bubs), bo podejrzewałem, że jury pokieruje się chęcią promowania czegoś nowego, ale jednak nie! Bynajmniej nie jest to złe - Little Joe naprawdę wspaniale zagrał i zaśpiewał. Czarujące dźwięki!

 

 

Jeżeli chodzi o „grube ryby”, to już właściwie koniec. Miałem jeszcze kontakt z Delta Highway, nominowanymi do Blues Award w kategorii „Debiut roku” - wspominałem o tym w relacjach dla TB Online. W naszym klubie grał też świetny duet Darrel Raines & George Caldwell. Byli moimi faworytami, bo grają czarno, cicho i bardzo oryginalnie. Nowy styl bluesa!

 

Podczas przeglądu młodych zespołów (Youth Showcase), zaprzyjaźniliśmy się z The Bodo Brothers, perkusistą i gitarzystą zafascynowanych R.L. Burnsidem. Poznaliśmy też tamtejszego (Memphis) harmonijkarza Brandona Bailey. Zobaczymy, może kiedyś przeczytamy o nich w dużych, branżowych pismach?

 

 

Wyjazd do Memphis był wspaniałym doświadczeniem, możliwością usłyszenia ogromu dobrego bluesa na żywo, pogrania z pierwszorzędnymi muzykami i zawarcia z nimi znajomości. Jestem pewien, że każdy muzyk wiele się tam nauczy, po prostu słuchając, a każdy bluesfan zaspokoi swoje potrzeby muzyczne w dwójnasób. Szkoda, że poza koncertami i przypadkowymi duetami w Doubletree Hotel nie mogliśmy pograć. Nie wiem czy my nie mogliśmy znaleźć klubu by pojamować, czy po prostu nie było takiej możliwości. Liczę, że to się zmieni w przyszłym roku, ale tak czy inaczej przyjeżdżajcie tu koniecznie! 

 

Fotografie:

Rudy Williams & Chicago Blues Revue - Denise Moscardelli


24/01/2009

The Blues - część 2

"The road to Memphis" reż. Richard Pearce & Robert Kenner

 

Od jakiegoś czasu wszystko co ma w tytule "Memphis" pozytywnie mnie nakręca. W końcu za paręnaście dni sam się tam pojawię i będę zwiedzał, grał, chłonął... Odrobiłem więc swoją lekcję historii i z przyjemnością obejrzałem ten film.

 

Skąd historia? Ha! Ten odcinek mógłby się równie dobrze nazywać "Geneza rock&rolla", "Kto był przed Elvisem?" lub jakoś podobnie. Osób, które zaczynały w tym mieście swoje kariery jest ogrom, a wszystkie mają zasługi w postaniu muzyki zwyczajowo nazywanej rhythm & bluesem - bezpośredniej inspiracji dla młodych (wówczas), rock&rollowców.

Poznajemy muzyczną historię tego miasta w oparciu o doświadczenia B.B. Kinga, Bobby Rush'a, Roscoe Gordona czy Ike'a Turnera. Z Królem odwiedzamy siedzibę radia WDIA, które jako pierwsze było prowadzone przez Afroamerykanów. Oglądamy też jego koncert we własnym klubie w Memphis. Roscoe Gordon oprowadza nas po Beale Street, złorzecząc na zmiany, które nastąpiły.

 

Zniszczyli starą Beale Street stary. To było świetne miejsce; Beale Street było ekstra! Kluby pootwierane przez całą noc, do 5, 6 nad ranem. Nie wszyscy grali bluesa, tak jak teraz. Było sporo jazzu. Teraz dają czadu na gitarze. Nie słychać własnych myśli, porozmawiać nie można - każdy gra głośną muzykę.

 

Zadziwiłem się gdy zdałem sobie sprawę jak wielki był wkład tego jednego miasta w historię muzyki. No bo spróbujmy wymazać takie nazwiska jak Fats Domino, czy Little Richard. Co wtedy? A to nie wszystko - są jeszcze wytwórnie Sun Records dla której nagrywał m. in. Howlin' Wolf oraz soulowa Stax bez której nigdy nie byłoby filmu „Blues Brothers”.

 

Ciekawym wątkiem jest również śledzenie kroków Bobby'ego Rusha. To rzadka okazja do zobaczenia jak wygląda życie muzyka w trasie - ciągłe podróże, autobus stający się domem, finanse, no i przede wszystkim koncerty, kontakt z publicznością. Ten ostatni jest szczególny i mocno nietypowy, w porównaniu do tego co możemy zobaczyć w Polsce. Przykładem są dwie panie z zespołu Rusha, których najważniejszym zadaniem wcale nie jest śpiewanie w chórkach. Po czymś takim można doznać szoku widząc Bobby'ego strojącego się na niedzielną mszę (która też jest nietypowa jak na nasze warunki)!

 

Warto odświeżyć sobie pamięć i przypomnieć tę Muzyczną Stolicę, oglądając ten wspaniale nakręcony film. Dużo wywiadów, archiwalnych nagrań, wspomnień, koncertów, a wszystko to bardzo inteligentnie ułożone w opowieść o mieście muzyki przez duże M!

 

 

"Warming by the devils fire" reż. Charles Burnett

 

Poprzednie 3 filmy były właściwie dokumentami (Wenders trochę się wyłamał). To co proponuje nam Charles Burnett, to już półtoragodzinna opowieść o młodym chłopaku, który przyjeżdża do wuja celem ochrzczenia się. Z dworca odbiera go jednak nie wuj-pastor, a wuj-bluesman. Dotychczas wychowywany w duchu wartości Kościoła, chłopiec zaczyna poznawać bluesa i związane z nim życie - kobiety, alkohol, bójki - to z jednej strony, bo z drugiej pogłębia swoją wiedzę o przeszłości i zarazem o tym, kim sam jest. Poznaje poetykę bluesa, problemy z jakimi musieli sobie radzić jego przodkowie - rasizm, wyzysk. Troskliwy wuj pokazuje mu nagrania classic bluesa z lat 20-30 - Ma Rainey, Mamie Smith, Sister Rosetta Tharpe. Oprócz tego dokonania Son House'a, Lightnin' Hopkinsa i Muddy'ego Watersa. Szkolenie ma więc pierwszorzędne!

 

Napisałem 'szkolenie' - śmieszne słowo i od razu ciekawa refleksja. Dzisiejsi bluesmani to zupełnie inni ludzie, niż pokazani w filmie pionierzy. To moje osobiste odczucie, ale blues jako tradycja i kultura Afroamerykanów, nigdy już nie zostanie powtórzony. Definitywnie, wraz z wyborem na prezydenta USA Baracka Obamę, skończyła się era segregacji rasowej. Uprzedzenia nadal są, jacyś idioci dalej nakładają białe kaptury, ale sytuację jaka się tam wytworzyła, można uznać za zakończoną. Zmieniły się realia, zmieni się więc blues. Stał się międzynarodowy, przez co muzycy uczą się częściej z nagrań, zamiast obcować z tą muzyką 'na żywo'. Wspomina też o tym Bruce Iglauer w wywiadzie dla TB (nr 32).

 

Słucham w domu Sonny Boya i czuję, że to nie tędy droga. Powinienem go poznawać jak Charlie Musselwhite - chodząc do klubów na koncerty, mogąc z nim rozmawiać i jamować. Te czasy niestety bezpowrotnie minęły. Myślę, że ze stratą dla takich jak ja.

 

Film prowokuje do wielu przemyśleń i różnych spojrzeń na materię jaką nazywamy bluesem. Mamy niezwykłą okazję do spojrzenia na niego z nieco innej perspektywy - nie jako na gatunek muzyczny, a przez pryzmat życia i doświadczeń. Mnogość wątków mogących służyć za ciekawe rozmowy i rozmyślania, wydaje się nieprzeliczalna. Wśród wypowiedzi utrwalonych w filmie, mistrzowską jest ta Willie'ego Dixona, o tym, że każdy ma swojego bluesa, pojmuje go i gra na własny sposób. Tutaj to brzmi banalnie, ale sami go posłuchajcie!

 

Bardzo polubiłem ten odcinek, właśnie za jego 'zmuszanie' do myślenia. Znakomite!

 


[1 z 2] 1 2

Szukaj


O mnie

Prawie wszyscy znają mnie jako Kursona, niektórzy z forum, inni z desek klubu Tygmont, gdzie najczęściej zdarza mi się bywać. Gram na harmonijce i interesuję się bluesem około 6 lat, nie jest to więc zbyt dużo, ale myślę, że wystarczająco dużo, by spojrzenie na muzykę okiem muzyka-amatora było dla Czytelnika ciekawe.
Zapraszam więc do lektury.