Dawno nie pojawił się żaden tekst, ten właściwie też nie powinien się tutaj pojawiać, jako, że dotyczy bardziej jazzu niż bluesa, ale myślę, że z dwóch powodów warto go tutaj umieścić.
Powód 1 - warto słuchać (a więc i pisać) różnorodnej muzyki, a z jazzem nam przecież po drodze
Powód 2 - warto posłuchać tego, co ma nam do zaproponowania KHT!
Mam nadzieję, że ten skręt w stronę jazzu w ostatecznym rozrachunku wyjdzie na dobre. Zapraszam zatem do czytania!
*********
Gorąco polecam wszystkim wybranie się na koncert tytułowego tria. Panowie Herdzin, Wegehaupt (Zbigniew) oraz Konrad (Cezary) grają niecodzienne dźwięki, a jak mówi sam lider: „staramy się grać inaczej niż wszyscy, a państwo niech ocenią, czy nam to wychodzi”. No cóż... Mogę zapewnić, że wychodzi, w dodatku wspaniale!
Ostatnio często słucham starszych nagrań z kręgu bluesa i jazzu: Jimmy'ego Witherspoona, Oscara Petersona, Memphis Slima, Counta Basiego, Eddie „Cleanhead” Vinsona itp. Niektóre płyty odtwarzam na okrągło i osłuchałem się już ze swingowym rytmem na tyle dobrze, że troszkę mi się on nawet przejada. Tu ujawnia się siła trio p. Herdzina - jest to muzyka zakorzeniona mocno w swingowej tradycji, ale operująca innymi środkami wyrazu. Utwory tria nie mają jakże często powtarzanej struktury temat - solo 1 - solo 2 - solo 3 - temat. Krzysztof Herdzin proponuje nam muzykę zespołową, czyli tworzoną równocześnie przez wszystkich członków zespołu, z równym ich wkładem. Każdy muzyk ma naprawdę sporą rolę w zespole, a podkreślić należy zwłaszcza zjawiskową współpracę perkusisty z pianistą. Obaj muzycy grają ze sobą od dłuższego czasu (ponoć 20 lat) i dobrze się znają, choć nadal potrafią się wzajemnie zaskakiwać.
Właśnie postać perkusisty Cezarego Konrada zasługuje na osobny akapit, bo nie jest to muzyk, jakiego się często spotyka. Przede wszystkim swój instrument - jakby nie patrzeć perkusyjny - zamienia w melodyczny robiąc to za pomocą pałeczek, wałków, szczotek i swoich własnych palców. Używając wszystkich tych rzeczy potrafi zbudować świetne zaplecze muzyczne dla pianisty i kontrabasisty. Oczywiście nie jest to dziełem przypadku - p. Konrad świadomie podąża w kierunku umelodyjnienia bębnów. Z przymrużeniem oka mogę powiedzieć, że w ten sposób ujawnia się tęsknota p. Cezarego za instrumentem „prawdziwie” melodycznym - pianinem, którego naukę wcześniej zarzucił.
Duet Herdzin & Konrad zachowuje się jak jedna dusza (muzyczna) w dwóch ciałach. Wspaniale ogląda się (i słucha) tego na koncercie:
Obaj panowie są wpatrzeni w siebie, czekają na ruch drugiej osoby, który zdradzi im to, co ma zajść w następnych taktach. Konrad zaczyna grać rękami na werblu, w odpowiedzi Herdzin zaczyna powtarzać jego partię. Nagle słyszymy uderzenie hi-hata! To znak na zmianę ról w tym przedstawieniu: teraz propozycje padają od pianisty, który bawi się rytmem, zmieniając znacząco charakter utworu. Ta zabawa trwa dłuższy czas, doprowadzając nawet do tego, że w pewnym momencie p. Krzysztof zaczyna grać uderzając zamknięciem pianina, a p. Cezary odpowiada mu klaszcząc dłońmi. Dzieje się to tak nagle, że chwilowo dezorientuje słuchacza i właściwie zanim się on z tym oswoi, cała trójka muzyków wraca do swoich standardowych ról, robiąc coraz większe „zamieszanie” i doprowadzając utwór do wielkiego finału. Pałeczkę przejmuje wtedy publiczność, która oklaskami i okrzykami daje upust swojej radości. Brawo! Bis!
Bardzo chętnie wybrałbym się na kolejny koncert tria. Dlaczego? By móc ponownie podziwiać wyobraźnię Cezarego Konrada, aby wysłuchać wspaniale granego przez zespół utworu bluesowego (tak, tak!), by uczestniczyć w inteligentnie prowadzonym występie, a przede wszystkim po to, by jeszcze raz usłyszeć bardzo ciekawą i niecodzienną muzykę, serwowaną przez naszego oscarowego* pianistę!
Kurson
* - Krzyszof Herdzin pracował wspólnie z Janem A. P. Kaczmarkiem przy muzyce do nagrodzonego Oscarem filmu „Finding Neverland” (PL „Marzyciel) (2004).
Ps: A propo bluesa i jazzu, to piękny cytat znalazł B&B z Forum Okolic Bluesa:
Za największą gwiazdę robił Memphis Slim, ale ja nigdy nie uważałem starego bluesa za czysty jazz. Interesował mnie ten gatunek bardziej teoretycznie niż emocjonalnie. Wiem że to błąd - blues jest piękny, ale tak już jest - to nie ja przecież ustawiałem swoje geny. - Jan Ptaszyn Wróblewski
Źródełko: http://blues.com.pl/viewtopic.php?t=13925
25th International Blues Challenge
To było czyste szaleństwo! Nie wiem czy jest na tej planecie lepsze miejsce niż Memphis podczas IBC. Pewnie tak, ale ja w nim nie byłem! Blues jest na ulicach w takiej ilości, że można się o niego potknąć, w klubach od groove'u w kolorze blue jest tak gęsto, że ludzie się nim duszą. Dodajmy, że bardzo różnorodnego groove'u! Najwięcej jest zespołów grających mocną, gitarową odmianę bluesa, znalezienie rodzynków zajmuje więc nieco czasu, ale warto szukać, by posłuchać muzyki inspirowanej jazzem lat '30; piedmontem; zachodnim wybrzeżem; melodyjnym folkiem, czy czegokolwiek sobie byśmy nie zażyczyli.
25th IBC Kick-Off Concert
Uff! Pora na konkrety. 4 lutego odbyło się wielkie spotkanie wszystkich muzyków i ludzi bluesa, a później miał miejsce „25th IBC Kick-Off Concert” z udziałem finalistów i zwycięzców z poprzednich lat. Pisałem już o tym w gorących relacjach dla TB Online, więc tutaj skupię się na przypomnieniu fenomenalnych artystów jakich zobaczyłem tamtego wieczoru. Chronologicznie, a co tam!
The Homemade Jamz Blues Band - Zdobywcy drugiego miejsca na IBC 2007
Informacja o tym młodziutkim, rodzinnym trio, wspomaganym czasem przez ojca na harmonijce, obiegła świat już wielokrotnie. Bardzo wyczekiwałem ich występu! Wiadomo, każdy chce zobaczyć na żywo taką rewelację. Od razu powiem - nie zawiodłem się. Zaskoczył mnie zupełnie profesjonalizm i poziom techniczny każdego z rodzeństwa. Śmiało i bez wstydu mogą stawać na jednej scenie z wieloma gwiazdami. Całkowicie wciągneli mnie za sprawą groove'u, jaki potrafią wytworzyć na tych śmiesznych, ręcznie robionych gitarach. Tu słychać Deltę i całą jej brudną motorykę! Inspirują się SRV i Hendrixem, ale są od nich dużo bardziej bluesowi i przesiąknięci duchem Son House, czy R.L Burnside'a. Na szczęście kupiłem ich płytę i mogę wam palcem pokazać utwory, gdzie słyszę ten feeling: Voodoo Woman, Blues Concerto, Pay Me No Mind i więcej... Boję się myśleć co będą grać za 10 lat!
Trampled Under Foot - Zdobywcy pierwszego miejsca na IBC 2008
Nie wiedziałem o nich NIC. Nie słyszałem by ktokolwiek w Polsce o nich mówił, więc zwróćcie na nich SZCZEGÓLNĄ uwagę!
Występ Homemade był wspaniały i byłem w siódmym niebie, gdy nagle znalazłem się w ósmym. Wydawało mi się to niemożliwe, ale TUF dali jeszcze lepszy koncert! To również rodzinne trio, już starsze. Podaję skład UWAGA ZAPAMIĘTUJEMY!
Danielle Hudspeth - gitara basowa, śpiew
Kris Schnebelen - perkusja, śpiew
Nick Schnebelen - gitara, śpiew
Nazwa może wam się wydawać śmieszna, ale gdy obejrzycie ich koncert zgodzicie się ze mną, że oni wdeptują publiczność w ziemię. Nie bez powodu zdobyli w 2008 roku pierwsze miejsce na IBC! Pamiętam jak dziś ten koncert - zaczął Nick na dobro, grając slidem. Przypomniały mi się kojące melodie Blind Willie Johnsona. Po pewnym czasie zaczął wybijać rytm na stopie i hi-hacie podnosząc napięcie i prowadząc swoim silnym, mocnym głosem w przeszłość, do Delty... Po tym spokojnym początku, na scenie pojawiła się reszta rodzeństwa i zagrali swój numer - Fog. Na ich Myspace możecie tego posłuchać, ale na żywo brzmiało to trzy razy lepiej! To był dla mnie dowód, że utwór w wolnym tempie absolutnie nie musi być spokojny, czy 'nudny' - tak mocno tupałem, wybijając rytm, że prawie zrobiłem dziurę w podłodze! To było dla mnie objawienie. Kocham ich - każde z osobna jest wirtuozem swojego instrumentu, do tego mamy wspaniałą przeciwwagę wokalną dla Nick'a w postaci cudnego głosu Danielle. Uwielbiam sposób w jaki ona potrafi krzyknąć... Z tej różnorodności brzmienia TUF doskonale zdaje sobie sprawę i tak układa utwory, że słuchamy ich głosów na przemian, co np. dwa utwory. Dzięki temu nikt nie odczuwa zmęczenia, cały czas jest świeżo, ciekawie i muzycznie na ogromnym poziomie.
TUF pokazuje jaki trzeba mieć profesjonalny zespół żeby wygrać IBC. Koniecznie spróbujcie kupić ich ostatnią płytę „May I Be Excused”, dostępną na ich stronie internetowej. Znajdziecie tam prawie 80 minut muzyki i 12 autorskich utworów. Klasa!
Sean Carney Band - Zdobywcy pierwszego miejsca na IBC 2007. Nagroda im. Alberta Kinga dla najlepszego gitarzysty finałów dla Seana.
TUF mnie wypompował, odczuwałem coraz większą senność (zmiana strefy czasowej dawała o sobie znać, choć była dopiero 23). Na szczęście ktoś miał głowę do planowania przebiegu koncertów i wiedziałem, że teraz będę mógł się relaksować przy jazzowo - bluesowych brzmieniach. Sean kilka razy pojawiał się w „Twoim Bluesie” w relacjach z różnych koncertów, wiedziałem więc, że wystąpi z nim tego wieczoru weteran kalifornijskiej gitary basowej - Bill Stuve. Sean dał bardzo dobry koncert, choć szkoda, że zdecydował się na formułę tria - w wypadku takich brzmień bardzo lubię posłuchać dobrej sekcji dętej i natchnionego pianina, czy hammonda.
Do wszystkich fanów spuścizny T-Bone Walker'a - Sean znakomicie ją przerobił i nadal potrafi wyciągnąć bardzo dużo nowego i świeżego grania. Posłuchajcie go tu i tam, a zobaczycie, że jako gitarzysta znalazł własną ścieżkę. Jest niepowtarzalny i zarazem przesycony klasycznym jazz-bluesem i jump-bluesem.
To również wspaniały człowiek i jestem bardzo dumny z tego, że spodobała mu się gra naszego zespołu (prowadził Youth Showcase w którym uczestniczyliśmy, przyszedł też na nasz półfinałowy koncert). Usłyszałem od niego dużo komplementów i tym bardziej chciałbym go wypromować w Polsce! Sean prowadzi też bardzo cenną inicjatywę - „Blues For A Cure” i wydaje płyty, których całkowity dochód idzie dla Blues Foundation, wspierając fundację HART. Finansuje ona pobyt w szpitalu (m.in. Sean korzystał z ich pomocy), bo muzycy w USA rzadko mają ubezpieczenie zdrowotne. Ta sama fundacja pomaga (również finansowo) rodzinom wyprawiać pogrzeby. Wiem, że pomagali m.in. rodzinie Harrington, gdy zmarł Carey Bell.
Pamiętajcie o Seanie! Napisał mi, że postara się zagrać w Polsce, ale to nieco pewnie potrwa, więc spróbujcie najpierw kupić jego płyty, bądź złapać go na koncercie gdzieś za granicą.
Zac Harmon Pierwsze miejsce na IBC 2004 & Jonn Richardson Band Pierwsze miejsce na IBC 2005. Nagroda im. Alberta Kinga dla najlepszego gitarzysty finałów dla Jonna
Zac przez cały wieczór był głównym konferansjerem, ale w końcu i na niego przyszła pora! Już na początku zapewnił, że będzie dużo dobrego, bluesowego jamowania na scenie. Nie oszukiwał! Harmon to prawdziwy wariat i bluesman 21 wieku! Jest nowoczesny i ma ogień na gitarze, ale w jego śpiewie zachowało się to co w korzennym bluesie najlepsze - na pewno wiecie co mam na myśli. Nie mniej interesujący był Jonn, który również zaprezentował się wokalnie (bez kompleksów!). Porywające były dialogi obu gitarzystów, pełne zwrotów akcji zagrania no i końcowa zapowiedź Zaca - „Hej, perkusisto! Słyszysz mnie? Pomóż mi przemienić ten teatr w juke-joint!” - po, którym zaczął grać dużo szybciej, a gdy cały zespół zaskoczył, czułem, że doświadczam totalnego wariactwa! Na szczęście dla mnie był to ostatni numer, bo o wpół do pierwszej w nocy, byłem już totalnie przemęczony. Wróciłem do hotelu wielce zadowolony z możliwości posłuchania tak wspaniałego i różnorodnego bluesa, zachwycony zarazem wielką kulturą sceniczną jamowiczów.
Finały 25-ego IBC. Kategoria „Zespół”
Do przybliżenia kilku bardzo ciekawych zespołów jeszcze powrócę, przedtem opowiem jak wygląda IBC od strony organizacyjnej.
Na IBC są dwie kategorie konkursowe - zespołowa i solo/duo. Doliczyłem się 93 zespołów grających w 10 klubach - Alfred's, Blues City Cafe, Club 152, Double Deuce, Hard Rock Cafe, New Daisy Theater, Old Daisy Theater, Rum Boogie Cafe, Superior i B.B. King's gdzie grali Boogie Boys. Jeżeli chodzi o kategorię solo/duo, to wykonawców było 64, a występowali oni w 6 klubach - Mr. Handy's Blues Mall, Pig on Beale, Handy Park Blues Tent, Tap Room, Wet Willies oraz King's Palace Cafe w którym grałem wraz z Witkiem.
Podczas dwóch wieczorów, 5 i 6 lutego, od 17:30 do północy, trwały muzyczne zmagania. Choć nie, nazywanie IBC „zmaganiami” to wielka pomyłka. Organizatorzy kładą duży nacisk na atmosferę powtarzając, że walczyć trzeba z kartami ocen, nie z innymi muzykami. I to działa! Zewsząd można usłyszeć przyjacielskie „good luck!” przed wyjściem na scenę, a artyści szanują się nawzajem i wspierają podczas grania. W Memphis wszystkich łączy blues i choćby dla samej atmosfery warto się tu pojawić! Wracając do półfinałów, każdy wykonawca grał dwa razy, dla dwóch różnych składów sędziowskich (nie wspominając o publiczności). Kryteria sędziowskie znajdziecie na stronie Blues Foundation (www.blues.org), ja dodam tylko, że sędziowie (rekrutowani spośród muzyków i znawców bluesa) mogą na kartach ocen dodawać swoje komentarze, co dla początkujących muzyków jest wielkim skarbem! Z niecierpliwością wyczekuję ich opinii (niestety nie dostaje się ich od razu).
Granie koncertu w Stanach, a w Polsce to dwie różne rzeczy. Wsparcie jakie się ma w klubowej publiczności jest po prostu nieporównywalne! Amerykanie bardzo chętnie uczestniczą w show, rzucają komentarze, wspaniale reagują na rzeczy, które dzieją się na scenie. Myślę, że to wynika z nastawienia. Na IBC wszyscy przychodzą specjalnie na bluesa, w Polsce - różnie. Większość Amerykanów bluesa słyszało, w końcu to część historii ich kraju. Przeciętny fan jest zatem nieco lepiej osłuchany w USA niż Polsce. Co będę opowiadał - posłuchajcie sami: Witek umieszcza sukcesywnie nasze (i nie tylko!) nagrania z IBC na YouTube - www.youtube.com/smokinboyjones. Jest różnica, prawda?
Niedługo po wybrzmieniu ostatnich akordów, przed godziną 1 w nocy, ogłoszono kto dostał się do finału. Z przyjemnością dostarczyliśmy dobrą nowinę Michałowi, Szymonowi i Bartkowi, którzy spokojni, wyluzowani, stali na Beale Street wyglądając jakby zapomnieli o całej imprezie :-)
Finaliści mieli grać następnego dnia w pięknym Orpheum Theater. Najpierw odbyły się finały w kategorii „Zespół”, a dopiero po ponad sześciu godzinach (dodajmy, że pełnych przedniej muzyki), dla mocno przerzedzonej publiczności, zagrali finaliści „Solo/Duo”. Nie będę omawiał każdego występu, przypomnę tylko tych, którzy szczególnie mi się spodobali. Pełna lista finalistów znajduje się oczywiście na stronie Blues Foundation. Kolejność sobie pozmieniałem.
The Roger Girke Band
Ten zespół przypadł mi do gustu ciekawymi aranżacjami utworów, jak również brzmieniem. Po wysłuchaniu ciężkich gitar miło było posłuchać czegoś lżejszego. Byliby w mojej czołówce, ale „czegoś” im zabrakło.
The Mikel Lander & Meridith Moore Band
To była dopiero niespodzianka! Bardzo ciekawa muzyka, z szerokimi inspiracjami. Na długo zapamiętam brzmienie zespołu - ciemny, mocny aksamit, łagodzony przez kojący saksofon, podgrzewany przez absolutnie przewspaniałe gitarowe riffy, grane techniką slide. Ileż brzmienia ten gitarzysta potrafi wyciągnąć w trzech dźwiękach! Ogromnie żałuję, że nie zagrał żadnej dłuższej solówki. W notatkach mam zaznaczone, że może dostać nagrodę dla najlepszego gitarzysty (im. Alberta Kinga). Nie dostał, ale dobre wrażenie pozostało.
Boogie Boys
Otrzymali jedną z kilku owacji na stojąco - zasłużenie! Przyznam, że przed wyjazdem do USA nie widziałem ich ani razu, z tym większą przyjemnością oglądałem każdy kolejny występ! Muzyka na najwyższym poziomie (prowadzący finały Jason Ricci i Cassie Taylor piali z zachwytu), do tego znakomity sceniczny show! Teraz w Memphis słówko „polish” to synonim „good stuff”!
MonkeyJunk - Zdobywcy trzeciego miejsca na IBC!
Dopiero na finałowym koncercie dowiedziałem się, że liderem formacji jest Steve Marriner. Strasznie się ucieszyłem, bo ten człowiek ma wprost niesamowite brzmienie. Dla mnie może grać jeden dźwięk na harmonijce, a nigdy się nie znudzę. W tym zespole jednak pokazywał się głównie jako wokalista i rytmiczny gitarzysta grający również linię basu. Drugi gitarzysta - Tony D - obsługiwał slidem gitarę prowadzącą. W finałach zagrali m.in. utwór Freddie Kinga „Boogie man” i to było coś! Sensowne granie z powerem i to w trio!
Ty Curtis Band - Zdobywcy drugiego miejsca na IBC!
Udało mi się zobaczyć fragment ich występu wcześniej, w Club 152 i spodobali mi się od razu! Wystarczy popatrzeć na harmonijkarza by wiedzieć co chłopaki grają (wygląda jak chudy William Clarke), a posłuchać trzeba by usłyszeć JAK. Ujęli zarówno jurorów jak i publiczność, która na stojąco nagradzała ich oklaskami, gwizdami i okrzykami. Lubię zespoły, które mają w sobie dużo klasycznego brzmienia chicagowskiego/kalifornijskiego, a jednocześnie dodają od siebie dużo nowego. Na ogromny plus zaliczam ich granie na totalnym luzie i wspaniałe jednoczesne frazy harmonijki i gitary. Bardzo dopracowany i zakręcony repertuar!
J.P. Soars & the Red Hots - Zdobywcy pierwszego miejsca na IBC! Nagroda im. Alberta Kinga dla najlepszego gitarzysty finałów, dla J.P.!
J.P. zagrał jako ostatni wykonawca w swojej kategorii. Do tego czasu byłem dość spokojny o medalowe miejsce dla Boogie Boys. J.P. dołączył jednak do mojej ścisłej finałowej czołówki i to w taki sposób, że znalazł się wysoko na jej szczycie, zostawiając resztę w tyle. Chyba nikt kto był wtedy w Orpheum Theater nie może zaprzeczyć, ze J.P. był najlepszy. To jest aż zadziwiające, że taki profesjonalista do dziś nie nagrał płyty dla dużej wytwórni! Jak brzmi muzyka the Red Hots? To blues z wielkim jazzowym piętnem. Muzycznie J.P. jest podobny do Dave Spectera, ale dla mnie go przebija. No i śpiewa! Że wygra nagrodę dla gitarzysty byłem pewny po jego wspaniałej, cichej solówce. O tak! Mam nadzieję, że wszyscy hałaśliwi nasuwacze dokładnie go słuchali i zobaczyli, że prawdziwego bluesa można, a nawet trzeba grać cicho.
W ostatnim utworze, J.P. wziął gitarę zrobioną przez brata (całkowity koszt to 5$), mającą tylko dwie struny i jeździł po kiju od szczotki slidem. Musiał się spieszyć, bo obowiązywało ograniczenie czasowe, ale na szczęście (a bardzo się bałem!) zdążył. I też dostał owację na stojąco, choć wszyscy byli bardzo zmęczeni, trwającymi pięć godzin finałami. Więcej takiego bluesa!
Jeszcze śmieszna rzecz - spotkaliśmy z Witkiem J.P wraz z zespołem (to też trio) grających koncert (pod wieczór) w King's Palace dla pięcioosobowej publiczności. Ktoś ich zaprosił i spontanicznie zaczęli grać. Niestety zdążyliśmy wysłuchać tylko jednego utworu, bo wcześniej szukaliśmy lokalu żeby pojamować (do czego jeszcze wrócę). Udało nam się z nimi porozmawiać - to spoko goście! Bardzo mili, mogłem sobie z bliska obejrzeć tę pięciodolarową gitarę (zastanawiałem się nad kupnem za 10$ :-]), zebrałem sobie też podpisy członków zespołu na festiwalowy program. To niesamowite, ale właściwie nie widziałem w Memphis żadnego „gwiazdora”. Wszyscy, których poznaliśmy podczas pobytu byli bardzo przyjaźnie nastawieni i do nas, i do świata. Mówiłem wam przecież o atmosferze!
Możecie posłuchać pierwszego utworu jaki J.P. wykonał podczas finałów IBC - http://www.youtube.com/watch?v=jWko_z7iN_8 Warto!
Finały 25-ego IBC. Kategoria „Solo/duo”
Gdy ogłoszono zwycięzcę w kategorii „Zespół”, można było się zrelaksować i rozprostować nogi do następnego bluesowego maratonu. Skorzystaliśmy z okazji i poszliśmy posiedzieć pod pomnikiem Elvisa, który znajduje się naprzeciwko Teatru. Zabijaliśmy czas rozmawiając z przyjaciółmi i słuchając Eden Brent, która grała w holu. Co jakiś czas dołączali się do niej goście i nawet Witek miał okazję zaprezentować się z nią w duecie, na pięknym fortepianie Steinway'a.
Nadeszła w końcu godzina finału! Zajęliśmy jak najlepsze miejsca pod względem akustycznym (co nie było trudne, sala była teraz w ponad połowie pusta) i skupiliśmy się. Wykonawców z tej kategorii wymienię wszystkich, potraktujcie to jako promocję kameralnego grania.
Austin „Walkin' Cane”
Jedyny wykonawca o którym wiedziałem coś, niecoś wcześniej. Niestety nie przypadł mi do gustu. Ma bardzo mocny głos i ciekawie gra na drewnianej gitarze rezofonicznej, ale muzycznie mnie nie wciągnął.
Jon Shain & FJ Ventre
Duet gitara - kontrabas. Bardzo przyjemne dla ucha dźwięki, czasem opuszczające bluesa na rzecz folku. Dobrze się ich słucha, bo grają wpadające w ucho melodie, ale chyba troszkę zbyt przesłodzona muzyka (zwłaszcza jak grają w większym składzie). Choć duet z przyjemnością obejrzałbym ponownie.
Bubs McKeg
Czarodziej... Nie uwierzylibyście, że starszy, niski pan, może wyjść na scenę i z pomocą swojej elektrycznej gitary stworzyć taki piękny klimat. Gdyby ktoś zrobił szufladkę "Muzyka dla duszy" pan McKeg byłby w niej diamentem! To niesamowite, że samym śpiewem można tak zauroczyć. Myślałem, że zajmie pierwsze miejsce, bo w śpiewie jest bluesowy do szpiku kości, a w grze nowatorski, ale niestety nie udało się (w kategorii solo/duo nie przyznaje się poza tym trzeciego miejsca). Po jego koncercie długo dźwięczał mi w uszach piękny gospel - Jesus gonna tell me...
L.C. Ulmer & Chase Holifield
Nasi wielcy przyjaciele! Ulmer to autentyk bluesowy, urodzony w 1928 roku w Missisipi. To prawdziwy bluesman, doprawdy relikt swojej epoki! Gra najbardziej pokręconego bluesa, jakiego w życiu słyszałem. 12 taktów? Ulmer w życiu o nich nie słyszał! Śpiewa m.in. piosenkę w której jest tylko jeden wers - „She's bad” - i robi to z takim przekonaniem, że można by go słuchać cały dzień. A wiecie co by wam powiedział, gdybyście go zapytali o wpływy? „Pola bawełny, blues, Biblia, maszyny rolnicze, wagony towarowe, czyszczenie butów, Bo Diddley. Chase to jego 17-letni uczeń, który wspomaga swojego mistrza grą na gitarze elektroakustycznej. Jestem ciekawy co z niego wyrośnie, po tak długim graniu z Ulmerem!
Żeby sobie choć wyobrazić co się dzieje na scenie podczas ich występów, trzeba by pomyśleć o zwariowanym dziadku, mającym ogrom sił witalnych, tańczącym na scenie i grającym jak radosny Fred McDowell, z tą różnicą, że nie slidem. Właściwie słowo pisane nie jest w stanie oddać w pełni tej niezwykłości. W każdym razie L.C. Ulmer to BLUES!
Fragment występu w/w duetu na finałach IBC - http://www.youtube.com/watch?v=6w1zj1Pu5V0.
Alphonso & Richard - Drugie miejsce na IBC 2008!
Ten zespół mieliśmy w naszej grupie półfinałowej. Dwaj profesorowie bluesa (po studiach jazzowych) grają dziwną muzykę. W repertuarze mają wodewilowe, inspirowane wczesnym jazzem utwory, zaaranżowane na pianino, głos, saksofon i flet. Dobrze grają, ale nie podoba mi się ich muzyka. Odbieram to bardziej jako kabaretowy dowcip, niż muzykę do słuchania. Szanuję jednak decyzję jury.
Little Joe McLerran - Pierwsze miejsce na IBC 2008!
Podobnie jak Bubs McKeg, ten młodziutki gitarzysta potrafi czarować. Mnie zaczarował swoją gitarą. Znałem brzmienie tzw. „piedmont bluesa”, ale tak wspaniale zagranego, z ogromną pasją i radością, nie słyszałem. Właściwie ciężko mi powiedzieć gdzie kryje się tajemnica jego brzmienia. Gra w tradycyjnym stylu i myślałem, że zdobędzie drugie miejsce (pierwsze miałby wtedy Bubs), bo podejrzewałem, że jury pokieruje się chęcią promowania czegoś nowego, ale jednak nie! Bynajmniej nie jest to złe - Little Joe naprawdę wspaniale zagrał i zaśpiewał. Czarujące dźwięki!
Jeżeli chodzi o „grube ryby”, to już właściwie koniec. Miałem jeszcze kontakt z Delta Highway, nominowanymi do Blues Award w kategorii „Debiut roku” - wspominałem o tym w relacjach dla TB Online. W naszym klubie grał też świetny duet Darrel Raines & George Caldwell. Byli moimi faworytami, bo grają czarno, cicho i bardzo oryginalnie. Nowy styl bluesa!
Podczas przeglądu młodych zespołów (Youth Showcase), zaprzyjaźniliśmy się z The Bodo Brothers, perkusistą i gitarzystą zafascynowanych R.L. Burnsidem. Poznaliśmy też tamtejszego (Memphis) harmonijkarza Brandona Bailey. Zobaczymy, może kiedyś przeczytamy o nich w dużych, branżowych pismach?
Wyjazd do Memphis był wspaniałym doświadczeniem, możliwością usłyszenia ogromu dobrego bluesa na żywo, pogrania z pierwszorzędnymi muzykami i zawarcia z nimi znajomości. Jestem pewien, że każdy muzyk wiele się tam nauczy, po prostu słuchając, a każdy bluesfan zaspokoi swoje potrzeby muzyczne w dwójnasób. Szkoda, że poza koncertami i przypadkowymi duetami w Doubletree Hotel nie mogliśmy pograć. Nie wiem czy my nie mogliśmy znaleźć klubu by pojamować, czy po prostu nie było takiej możliwości. Liczę, że to się zmieni w przyszłym roku, ale tak czy inaczej przyjeżdżajcie tu koniecznie!
Fotografie:
Rudy Williams & Chicago Blues Revue - Denise Moscardelli
"The road to Memphis" reż. Richard Pearce & Robert Kenner
Od jakiegoś czasu wszystko co ma w tytule "Memphis" pozytywnie mnie nakręca. W końcu za paręnaście dni sam się tam pojawię i będę zwiedzał, grał, chłonął... Odrobiłem więc swoją lekcję historii i z przyjemnością obejrzałem ten film.
Skąd historia? Ha! Ten odcinek mógłby się równie dobrze nazywać "Geneza rock&rolla", "Kto był przed Elvisem?" lub jakoś podobnie. Osób, które zaczynały w tym mieście swoje kariery jest ogrom, a wszystkie mają zasługi w postaniu muzyki zwyczajowo nazywanej rhythm & bluesem - bezpośredniej inspiracji dla młodych (wówczas), rock&rollowców.
Poznajemy muzyczną historię tego miasta w oparciu o doświadczenia B.B. Kinga, Bobby Rush'a, Roscoe Gordona czy Ike'a Turnera. Z Królem odwiedzamy siedzibę radia WDIA, które jako pierwsze było prowadzone przez Afroamerykanów. Oglądamy też jego koncert we własnym klubie w Memphis. Roscoe Gordon oprowadza nas po Beale Street, złorzecząc na zmiany, które nastąpiły.
Zniszczyli starą Beale Street stary. To było świetne miejsce; Beale Street było ekstra! Kluby pootwierane przez całą noc, do 5, 6 nad ranem. Nie wszyscy grali bluesa, tak jak teraz. Było sporo jazzu. Teraz dają czadu na gitarze. Nie słychać własnych myśli, porozmawiać nie można - każdy gra głośną muzykę.
![]()
Zadziwiłem się gdy zdałem sobie sprawę jak wielki był wkład tego jednego miasta w historię muzyki. No bo spróbujmy wymazać takie nazwiska jak Fats Domino, czy Little Richard. Co wtedy? A to nie wszystko - są jeszcze wytwórnie Sun Records dla której nagrywał m. in. Howlin' Wolf oraz soulowa Stax bez której nigdy nie byłoby filmu „Blues Brothers”.
Ciekawym wątkiem jest również śledzenie kroków Bobby'ego Rusha. To rzadka okazja do zobaczenia jak wygląda życie muzyka w trasie - ciągłe podróże, autobus stający się domem, finanse, no i przede wszystkim koncerty, kontakt z publicznością. Ten ostatni jest szczególny i mocno nietypowy, w porównaniu do tego co możemy zobaczyć w Polsce. Przykładem są dwie panie z zespołu Rusha, których najważniejszym zadaniem wcale nie jest śpiewanie w chórkach. Po czymś takim można doznać szoku widząc Bobby'ego strojącego się na niedzielną mszę (która też jest nietypowa jak na nasze warunki)!
Warto odświeżyć sobie pamięć i przypomnieć tę Muzyczną Stolicę, oglądając ten wspaniale nakręcony film. Dużo wywiadów, archiwalnych nagrań, wspomnień, koncertów, a wszystko to bardzo inteligentnie ułożone w opowieść o mieście muzyki przez duże M!
"Warming by the devils fire" reż. Charles Burnett
Poprzednie 3 filmy były właściwie dokumentami (Wenders trochę się wyłamał). To co proponuje nam Charles Burnett, to już półtoragodzinna opowieść o młodym chłopaku, który przyjeżdża do wuja celem ochrzczenia się. Z dworca odbiera go jednak nie wuj-pastor, a wuj-bluesman. Dotychczas wychowywany w duchu wartości Kościoła, chłopiec zaczyna poznawać bluesa i związane z nim życie - kobiety, alkohol, bójki - to z jednej strony, bo z drugiej pogłębia swoją wiedzę o przeszłości i zarazem o tym, kim sam jest. Poznaje poetykę bluesa, problemy z jakimi musieli sobie radzić jego przodkowie - rasizm, wyzysk. Troskliwy wuj pokazuje mu nagrania classic bluesa z lat 20-30 - Ma Rainey, Mamie Smith, Sister Rosetta Tharpe. Oprócz tego dokonania Son House'a, Lightnin' Hopkinsa i Muddy'ego Watersa. Szkolenie ma więc pierwszorzędne!
Napisałem 'szkolenie' - śmieszne słowo i od razu ciekawa refleksja. Dzisiejsi bluesmani to zupełnie inni ludzie, niż pokazani w filmie pionierzy. To moje osobiste odczucie, ale blues jako tradycja i kultura Afroamerykanów, nigdy już nie zostanie powtórzony. Definitywnie, wraz z wyborem na prezydenta USA Baracka Obamę, skończyła się era segregacji rasowej. Uprzedzenia nadal są, jacyś idioci dalej nakładają białe kaptury, ale sytuację jaka się tam wytworzyła, można uznać za zakończoną. Zmieniły się realia, zmieni się więc blues. Stał się międzynarodowy, przez co muzycy uczą się częściej z nagrań, zamiast obcować z tą muzyką 'na żywo'. Wspomina też o tym Bruce Iglauer w wywiadzie dla TB (nr 32).
Słucham w domu Sonny Boya i czuję, że to nie tędy droga. Powinienem go poznawać jak Charlie Musselwhite - chodząc do klubów na koncerty, mogąc z nim rozmawiać i jamować. Te czasy niestety bezpowrotnie minęły. Myślę, że ze stratą dla takich jak ja.
Film prowokuje do wielu przemyśleń i różnych spojrzeń na materię jaką nazywamy bluesem. Mamy niezwykłą okazję do spojrzenia na niego z nieco innej perspektywy - nie jako na gatunek muzyczny, a przez pryzmat życia i doświadczeń. Mnogość wątków mogących służyć za ciekawe rozmowy i rozmyślania, wydaje się nieprzeliczalna. Wśród wypowiedzi utrwalonych w filmie, mistrzowską jest ta Willie'ego Dixona, o tym, że każdy ma swojego bluesa, pojmuje go i gra na własny sposób. Tutaj to brzmi banalnie, ale sami go posłuchajcie!
Bardzo polubiłem ten odcinek, właśnie za jego 'zmuszanie' do myślenia. Znakomite!
Rok 2003 Kongres Stanów Zjednoczonych decyduje się ogłosić Rokiem Bluesa. Ma to być uhonorowanie tradycji i spuścizny kulturowej tego kraju. Data jest zarazem setną rocznicą ujęcia bluesa w formalny zapis nutowy przez W.C. Handy'ego. Zaczyna się amerykańskie 365 dni promocji bluesa w szkołach, na scenach i w kinach...
Martin Scorsese, poproszony wcześniej o przygotowanie dokumentu przybliżającego bluesa, wydaje dzieło zatytułowane „The Blues”. Składa się na nie siedem filmów, każdy zrealizowany przez innego reżysera. Świat ogląda...
Rok 2007, grudzień. Owiane legendą filmy o bluesie zostają wprowadzone na polski rynek. Jednak dopiero dwanaście miesięcy później, niejaki A.K. zaczyna zapoznawać się z materiałem...
"Feel like going home" reż. Martin Scorsese
Dołączona mini-książeczka sugeruje, że to ten odcinek ma numerek "1", więc właśnie od niego zacząłem. Chyba słusznie, bo Scorsese pokazuje tu początki bluesa, to jak powstawał na polach bawełny, przy wyrębach lasu czy remontach dróg - wszędzie tam, gdzie murzyni byli zmuszani do ciężkiej, niewolniczej pracy. Możemy usłyszeć kilka work-songów z tego okresu, o dziwo zarejestrowanych wtedy na taśmie wideo. Te nagrania to m.in. zasługa Alana Lomaxa, człowieka, który dla Biblioteki Kongresu gromadził muzykę folkową z całego terenu USA. Ten wielki entuzjasta folkloru i kultury wybrał się również (a my w filmie razem z nim) do Afryki, kolebki bluesa. Wspólnie szukamy wspólnego mianownika między bluesem a muzyką Afrykanów.
Scorsese nie ograniczył się tylko do archiwów. We współczesną podróż udał się za nas Corey Harris - muzyk znany z poszukiwań (muzycznych i kulturowych) źródeł amerykańskiej czarnej muzyki. Oglądamy to, jak rozmawia i muzykuje z legendami bluesa - Samem Carrem (syn Roberta Nighthawka) czy Willie Kingiem - oraz muzykami z Afryki takimi jak: Salif Keita, Ali Farka Toure czy Habib Koite.
Keita mówi, że jego muzyka i blues traktują o podobnych sprawach. W obu pojawia się wątek cierpienia i miłości. Dodaje też, że za każdym razem gdy słucha bluesa, słyszy echa niewolnictwa.
Koite uważa, że podobieństwo zawiera się w pytaniach, jakie sobie zadajemy, śpiewając, a które dotyczą niepewności, obawy o jutro, ale zarazem pewnej nadziei na poprawę losu. Dodaje też, że skala, na której opierają się te dwa muzyczne światy, jest ta sama (pentatonika).
W moim odczuciu ten film jest jednak nieco niewykończony. Myśl przewodnia (pochodzenie bluesa) jest dość słabo zaakcentowana. Nie wytworzyło się we mnie poczucie: rzeczywiście! Słychać wyraźne podobieństwo między Son Housem, a Afryką! Jest za to zaprezentowane dobrze, jak tradycja muzyczna Afryki zachowała się w USA. Chodzi głównie o muzykę na instrumenty perkusyjne i różne piszczałki. Daleko jednak temu do bluesa, jakiego przywykłem słuchać.
Mimo tego lekkiego rozmycia z tematem, nie nudziłem się ani razu podczas 80 minut oglądania filmu.
"The soul of a man" reż. Wim Wenders
Wenders skupia się w tym filmie na trzech znaczących osobowościach - Blind Willie Johnsonie, Skipie Jamesie i J.B. Lenoirze. Podkreśla bardzo znaczenie tekstów, jakie śpiewali (tu brawa dla tłumaczy - mamy naraz zarówno napisy angielskie jak i polskie, mądrze przekładające slangowe wyrażenia i różne idiomy), bo jak sam mówi:
Te piosenki były dla mnie bardzo ważne. Czułem, że przekazywały więcej prawdy o świecie niż wszystkie książki w Ameryce, które przeczytałem, czy filmy, które obejrzałem. - Wim Wenders
Oglądając ten film, ma się ochotę przytakiwać Wendersowi. To co widzimy, doprawdy porusza, przede wszystkim za sprawą nagrań trzech ww. panów! Każdy z nich tworzył niezapomniane teksty, których słuchanie wprawia w głęboką zadumę. Krótko przedstawię te postacie.
Willie Johnson to pieśniarz gospel, który wcześnie został niewidomy i zarazem niezdatny do żadnej pracy. Jak wielu jemu podobnych czarnych Amerykanów, zaczął grać. Polecam wam tekst Danuty Matysik z 20 nru Twojego Bluesa poświęcony właśnie biografii Johnsona.
Acha! Tytuł filmu pochodzi od jego utworu:
If anybody here can tell me, what is the soul of a man?
I've traveled in different countries, I've traveled foreign lands
I've found nobody to tell me, what is the soul of a man
Jeżeli ktokolwiek jest w stanie to zrobić, niech powie mi czym jest dusza człowieka
Podróżowałem po wielu krajach, po wielu krainach
Ale nie znalazłem nikogo, kto potrafiłby mi wytłumaczyć, czym ta dusza jest
„Soul of a man” (fragm.) - Blind Willie Johnson
Skip James zapada głęboko w pamięć, nawet tym, którzy nie słuchają tekstów. Gdy pierwszy raz usłyszałem jego wysoki śpiew do spółki z fenomenalnym, smutnym (ale nie molowym!) prowadzeniem gitary, doznałem szoku. To było jakieś nagranie z American Folk Blues Festival, czyli z lat 60. Wtedy James został 'odkopany', bo jego pierwsze muzyczne dokonania pochodzą z lat 30. Wspaniała muzyka... Skippy - jeden z najoryginalniejszych i wyrazistych bluesmanów w ogóle!
J.B. Lenoir - przyznaję, najsłabiej mi znany do tej pory. W sumie nie dziwne, odszedł, gdy jego kariera i sława miały zaprocentować światowym uznaniem. Teksty, które tworzył, były przełomowe - jako jeden z pierwszych śpiewał piosenki zaangażowane społecznie. Dotyczyły takich spraw jak wojna w Korei, równouprawnienie kobiet czy rasizm. Zmarł niestety bardzo młodo, w 1967 roku, mając 38 lat.
Przez kamerę przewinęło się wielu artystów, wykorzystujących spuściznę tych panów. Możemy zobaczyć Lou Reeda, Cassandrę Wilson, Alvina Youngblood Harta, Nicka Cave'a i wielu innych. Na pewno więc nie można zarzucić braku różnorodności. Mamy i intymny jazz, i krzykliwy rock, i akustycznego bluesa. To dobrze - w końcu celem jest zainteresowanie bluesem szerokiej publiczności.
Na pewno uda się to zrobić. Wystarczy dać się oczarować...
cdn.
Prezencik świąteczny, specjalnie na Święta, edycja świąteczna, limitowana!
Jason Ricci & New Blood
Powracam do wątku dotyczącego ciekawych i nowoczesnych harmonijkarzy. Dziś będziecie mogli poczytać trochę o Jasonie Ricci, który nagłym „wejściem smoka” zapewnił sobie rozgłos wśród braci harmonijkowej, ale również wśród zwykłych słuchaczy. A zasłużył na niego na pewno!
Po szczegóły dotyczące biografii odsyłam na forum Okolic Bluesa, gdzie w dziale Książki, publikacje, czasopisma znajdziemy kilka wywiadów i historii przetłumaczonych z języka angielskiego na polski przez Lauderdale'a. Warto poczytać, bo z Jasona był niezły gagatek! Adres: http://blues.com.pl/viewforum.php?f=27

W tym tekście zajmę się recenzją płyty dzięki której świat usłyszał o nim coś, niecoś więcej. Będzie to oczywiście Rocket Number 9 wydana przez Delta Groove Productions.
Piszę o tym, że świat zachwycił się Jasonem, a nie napisałem właściwie dlaczego. Co takiego jest w Riccim, że czołówka polskich harmonijkarzy zachwyca się jego grą i kopiuje jego styl? Otóż Jasonowi technika nie przeszkadza. Swobodnie operuje overbendingiem, tworząc z jego pomocą zupełnie nową jakość, stosuje czasem naprawdę zwariowane przetworniki brzmienia do swojego wzmacniacza. Efekt - jego gra po prostu ŻRE! On naprawdę potrafi wykorzystać to co przyniosła nowoczesność, żeby stworzyć muzykę do słuchania, a nie do analizowania.
U Jasona słychać mocne piętno bluesowe - poczytajcie artykuły o których wspominałem. Dowiecie się, że miał styczność m.in. z klanem Burnside. To piętno jest na tyle mocne, że słucham tej płyty z prawdziwą przyjemnością. Jest tu rock, ale tak podany, że Jason jest punktem wspólnym zarówno dla miłośników 'prawdziwego' bluesa, jak i wielbicieli Allman's Brothers Band czy Dave Matthews Band (jeden utwór jest w takim właśnie DMBowym sosie) - osobiście to sprawdziłem. Ktoś zapyta mnie dlaczego tak jest - odpowiedziałbym określeniem, które Ricciemu pewnie by się spodobało - jego gra jest SENSOWNA. Nie ma tu wydziwiania dla samego wydziwiania. Cała technika (zarówno sprzęt jak i umiejętności) jaką Ricci posiada pomaga mu wypowiedzieć się muzycznie w sposób efektywny i zarazem efektowny. A, że jest młody i lubi mocno zagrać, to dostajemy takie coś właśnie.
Z resztą na tej płycie znajdziemy kawałki gdzie odrzuca wzmacniacz i gra akustycznie, co nadaje utworom jeszcze większego kolorytu.
Jak już jestem przy kolorach, to od razu napiszę za co tak bardzo lubię tę płytę. Rzut oka na odtwarzacz pozwala mi stwierdzić, że czas grania płyty to prawie 75 min
. To bardzo dużo jak na studyjny krążek, przecież to prawie dwa dawne, pełne LP! Podkreślam to, bo wielkim plusem Rocket #9 jest RÓŻNORODNOŚĆ. Każda z 11 kompozycji jest inna. Trzymając się dotychczasowych porównań musiałbym napisać, że mamy tu 11 różnych kolorów, nie 4 czy 5 z różnymi odcieniami. Dzięki temu nie nudzę się gdy słucham tej płyty. Muzycy pewnie też się nie nudzili podczas nagrywania, bo grają czasem jak natchnieni. Wyróżniam i udzielam publicznej pochwały gitarzyście - mr. Shawn Starski. Jak on gra!
Na koniec tej recenzji słówko wyjaśnienia. To jest zespół bardziej rockowy niż bluesowy, tak jak ta płyta - panowie lubią uderzyć nieco mocniej i głośniej. Różnica między nimi, a zespołami które mienią się bluesowymi, grając standardy Hendrixa, polega na tym, że blues jest w ich sercach obecny. Głęboko, ale wychodzi podczas grania. To dobre chłopaki - posłuchajcie ich. Choćby tu: http://www.youtube.com/watch?v=i4LJKA2O1gk
Wesołych Świąt!
Prawie wszyscy znają mnie jako Kursona, niektórzy z forum, inni z desek klubu Tygmont, gdzie najczęściej zdarza mi się bywać. Gram na harmonijce i interesuję się bluesem około 6 lat, nie jest to więc zbyt dużo, ale myślę, że wystarczająco dużo, by spojrzenie na muzykę okiem muzyka-amatora było dla Czytelnika ciekawe.
Zapraszam więc do lektury.