Notice: Undefined index: HTTP_webpage_AGENT in /home2/estrona/public_html/wgears/frontend/robots.class.php on line 111
Feelin The Blues - Strefa słowa

Poza muzyką

24/02/2009

Cortazar i blues
Nie ukrywam, że ostatnimi czasy z tzw. przyczyn obiektywnych muzyki niemal nie słucham. Ba! Nawet gdy słucham, niezbyt często sięgam po bluesa. A jednak blues raz po raz wyskakuje mi przed oczyma niczym Filip z konopii. Całkiem na serio wpadłem na niego, czytając „Grę w klasy”...
więcej...

 

Nitka corner

28/04/2008

Kilka zdań wstępu...
To zadziwiające po jak podobnych sobie ścieżkach zdarza nam się kroczyć. Jeszcze bardziej zadziwiającym, nieprawdopodobnym wydaje się być fakt, że te ścieżki w jakiś nieodgadniony sposób  krzyżują się ze sobą. Moja codzienność obfituje w wydarzenia, które skłaniają mnie ku...
więcej...

 

Strefa słowa

[1 z 34] 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 >>

Poza muzyką 24/02/2009

Cortazar i blues

Nie ukrywam, że ostatnimi czasy z tzw. przyczyn obiektywnych muzyki niemal nie słucham. Ba! Nawet gdy słucham, niezbyt często sięgam po bluesa. A jednak blues raz po raz wyskakuje mi przed oczyma niczym Filip z konopii. Całkiem na serio wpadłem na niego, czytając „Grę w klasy” Cortazara. Bohaterem jest niejaki Horacio Oliveira, „sfrancuziały Argentyńczyk”, jak został gdzieś określony. Rzeczywiście, choć książka jest nazywana perłą literatury iberoamerykańskiej, to do bólu przesycona jest francuskim duchem pisania. Rzecz dzieje się (ogólnie rzecz biorąc w pierwszej części) w środowisku paryskiej bohemy artystycznej, która niby spędza czas na wiecznych górnolotnych dyskusjach. Niech im będzie.
Jednakże podczas jednej z balang (może to słowo na wyrost – przeciętny polski imprezowicz wynudziłby się tam jak student na sympozjum, bo obecność alkoholu jest ledwie zaznaczona) tasują się nie tylko błyskotliwe myśli, ale i niezłe płyty, znani (mi) artyści. Lećmy nazwiskami: Bix Beiderbecke, Eddie Lang (ten, który grał gitarowe duety z Lonnie’m Johnsonem), Stan Getz, Lionel Hampton, Lester Young, Coleman Hawkins, Gillespie – wkurza Oliveirę „ten bebop”, więc malarz Etienne proponuje… Bessie Smith, jako drugi jej numer Empty Bed Blues, oto cytat:

Oliveira z trudem uświadomił sobie, że to wszystko rzeczywiście się dzieje. „Dlaczego tu, dlaczego klub, dlaczego te głupie ceremonie, dlaczego taki był ten blues, kiedy śpiewała go Bessie? – Orędownicy – pomyślał raz jeszcze, kołysząc się wraz z kompletnie pijaną Babs, która słuchając Bessie, cicho płakała, wzdrygając się od czasu do czasu w takt lub kontrapunkt, szlochając do środka, ażeby za nic nie oddalić się od tego bluesa pustego łóżka, nazajutrz buty w błocie, niezapłacone komorne, lęk przed starością, lustro w nogach tapczanu odbijające ranek z popiołu, bluesy, niekończący się cafard. - Gra w klasy, Kolekcja Gazety Wyborczej, s. 50


Nie wspomniałem jeszcze, że książka ma strukturę, która wymaga niejako skakania w różne miejsca, taki tryb shuffle (nie rytm). I tak z rozdziału 12 skaczemy do 106 – ot, mały przerywnik, gdzie natkniemy się na dwie strofy bluesa Johnniego Temple’a Between Midnight and Dawn i dwie strofy bluesa wokalistki Yas Yas Girl. Johnnie jest relatywnie znany, tworzył w latach 40., przenosił bluesa z delty do Chicago, w jego nagraniach pojawia się np. klarnet – do dziś rzadkość w bluesie, coraz mniej popularny instrument w jazzie. Yas Yas Girl czyli Merline Johnson dzis jest kompletnie zapomnianą artystką. Na stronach „Gry w klasy” jest też Armstrong, Bechet, Ma Rainey (bardziej lubiana niż Fats Waller). Pozwolę sobie na jeszcze jeden cytat z udziałem Big Billa Broonzego, bo nieźle oddaje klimat:


Pod tym czy też ponad tym Big Bill Broonzy zawodził See, See Rider, jak zawsze rzeczy pochodzące z jakichś nie do pogardzenia wymiarów zbiegały się razem, groteskowy kolaż, który należało dopasować do wódki kategorii Kanta, tych odczynników przeciw wszystkim zbyt brutalnym zakrzepnięciem rzeczywistości. - s. 56


Rzecz jasna padają też nazwiska klasyków – Brahmsa, Mozarta, Schoenberga, bodajże Weberna. To wszystko razem tworzy frapujący obraz bohemy tamtych czasów. Jakie miejsce zajmował tam blues? Co o nim myśleli bohaterowie, biorąc w tym samym momencie płytę Brahmsa, Broonzego i Ellingtona?

Pamiętajmy, że blues był w połowie lat 50. w Europie muzyczną nowinką. Można sobie wyobrazić, że każda banda snobów wrzucała płyty, by być „na topie”. Czy Johnnie Temple i Yas Yas Girl pojawili się tu przypadkowo, czy mieliśmy do czynienia z koneserami bluesa o jakich dziś trudno, czy też Cortazar dorwał jakąś przypadkową kompilację, o artystach nie miał pojęcia, ale bluesy przypadły mu do gustu, a dodatkowo dawały jeszcze jeden smaczek do iście wielosmakowej potrawy, którą przyrządził. Bardzo to prawdopodobne. (Pewien człowiek pokusił się o wyliczenie wszystkich wspomnianych w książce nawiązań do jazzu i nawet twierdzi, że zna kompilację, której Cortazar słuchał - http://mysite.verizon.net/ckearin/cortazarjazz.html) Jednak jeśli chodzi o Big Billa, trudno mówić o przypadku. Broonzy jako jeden z pierwszych bluesmanów odwiedził Europę w 1951 roku. Oliveira i jego kumple mogli nawet teoretycznie widzieć go na żywo. W Paryżu jego gospodarzem był prawdopodobnie Hughes Panassie, ówcześnie jeden z najważniejszych krytyków jazzowych. Jeden z najważniejszych bluesów Broonzego został właśnie za namową Panassiego zarejestrowany w Paryżu w 1951 roku. W Stanach nikt nie chciał tego wydać, bo tekst dość lapidarnie ujmował problem rasizmu. Cortazar cytuje strofę tego utworu, więc słuchał tych samych nagrań, które mam na płycie Black, Brown and White (zobacz dział Kanon). Sądzę, że traktował je z taką samą estymą jak, dajmy na to Colemana Hawkinsa. Słuchał jazzu na przemian z bluesem i klasyką. Poznał bluesa na długo przed angielskim boomem, przed kluczowym dziś sprzężeniem bluesa i rocka, które w świadomości wielu słuchaczy oderwało bluesa od jazzu.


Być może się mylę, ale mam wrażenie, że wczesne pojawienie się bluesa w Paryżu utrwaliło silniej niż gdzie indziej związki bluesa z jazzem – mam na myśli postrzeganie, percepcję terminu „blues”. Przypomnę, że to w Paryżu osiedlił się m.in. Memphis Slim czy Luther Allison; w Paryżu najlepiej czuł się T-Bone Walker, Hal Singel, tam też przebywała masa jazzmanów starszej daty.


Niestety nie znam dzisiejszej sceny francuskiej, ale weźmy choćby Grega Zlapa. Czy jego fascynacje i pomysły mogłyby przybrać taką a nie inną formę w Polsce lub Anglii? Zapewne nawet on nie mógłby udzielić odpowiedzi, ale jego muzyka broni mojej tezy. ;) Jego twórczość silnie orbituje wokół jazzu i bluesa. Nie ma oporów, by sięgać po elektroniczne smaczki, a gdy chce zagra i tango. Jego ostatnia płyta kręci się wokół tematów drogi inspirowanych filmem. Road Movie(s) proponuje nam czasem gwałtowne skoki między jazzującą, niepokojącą subtelnością a surową bluesową drapieżnością. Zaznaczam, że nie chcę pisać recenzji, ale muszę podkreślić, że Greg stworzył wręcz bezczelna miksurę, która musi frapować. I doprawdy nie wiem, czy znalazłbym wiele przykładów płyt, które robią to tak przekonująco. I może właśnie to Paryż (i Teksas? – jeden z tematów zagranych na płycie pochodzi z filmu Paris, Texas) jest odpowiedzią, dlaczego taki album mógł powstać i dlaczego jest tak dobry.


Kurson corner 11/02/2009

Relacja z 25th International Blues Challenge

25th International Blues Challenge

 

 

To było czyste szaleństwo! Nie wiem czy jest na tej planecie lepsze miejsce niż Memphis podczas IBC. Pewnie tak, ale ja w nim nie byłem! Blues jest na ulicach w takiej ilości, że można się o niego potknąć, w klubach od groove'u w kolorze blue jest tak gęsto, że ludzie się nim duszą. Dodajmy, że bardzo różnorodnego groove'u! Najwięcej jest zespołów grających mocną, gitarową odmianę bluesa, znalezienie rodzynków zajmuje więc nieco czasu, ale warto szukać, by posłuchać muzyki inspirowanej jazzem lat '30; piedmontem; zachodnim wybrzeżem; melodyjnym folkiem, czy czegokolwiek sobie byśmy nie zażyczyli.

Rudy Williams & Chicago Blues Revue - Denise Moscardelli 

25th IBC Kick-Off Concert

 

Uff! Pora na konkrety. 4 lutego odbyło się wielkie spotkanie wszystkich muzyków i ludzi bluesa, a później miał miejsce „25th IBC Kick-Off Concert” z udziałem finalistów i zwycięzców z poprzednich lat. Pisałem już o tym w gorących relacjach dla TB Online, więc tutaj skupię się na przypomnieniu fenomenalnych artystów jakich zobaczyłem tamtego wieczoru. Chronologicznie, a co tam!

 

The Homemade Jamz Blues Band - Zdobywcy drugiego miejsca na IBC 2007

 

Informacja o tym młodziutkim, rodzinnym trio, wspomaganym czasem przez ojca na harmonijce, obiegła świat już wielokrotnie. Bardzo wyczekiwałem ich występu! Wiadomo, każdy chce zobaczyć na żywo taką rewelację. Od razu powiem - nie zawiodłem się. Zaskoczył mnie zupełnie profesjonalizm i poziom techniczny każdego z rodzeństwa. Śmiało i bez wstydu mogą stawać na jednej scenie z wieloma gwiazdami. Całkowicie wciągneli mnie za sprawą groove'u, jaki potrafią wytworzyć na tych śmiesznych, ręcznie robionych gitarach. Tu słychać Deltę i całą jej brudną motorykę! Inspirują się SRV i Hendrixem, ale są od nich dużo bardziej bluesowi i przesiąknięci duchem Son House, czy R.L Burnside'a. Na szczęście kupiłem ich płytę i mogę wam palcem pokazać utwory, gdzie słyszę ten feeling: Voodoo Woman, Blues Concerto, Pay Me No Mind i więcej... Boję się myśleć co będą grać za 10 lat!

 

Trampled Under Foot - Zdobywcy pierwszego miejsca na IBC 2008

 

Nie wiedziałem o nich NIC. Nie słyszałem by ktokolwiek w Polsce o nich mówił, więc zwróćcie na nich SZCZEGÓLNĄ uwagę!

 

Występ Homemade był wspaniały i byłem w siódmym niebie, gdy nagle znalazłem się w ósmym. Wydawało mi się to niemożliwe, ale TUF dali jeszcze lepszy koncert! To również rodzinne trio, już starsze. Podaję skład UWAGA ZAPAMIĘTUJEMY!

 

Danielle Hudspeth - gitara basowa, śpiew

Kris Schnebelen - perkusja, śpiew

Nick Schnebelen - gitara, śpiew

 

Nazwa może wam się wydawać śmieszna, ale gdy obejrzycie ich koncert zgodzicie się ze mną, że oni wdeptują publiczność w ziemię. Nie bez powodu zdobyli w 2008 roku pierwsze miejsce na IBC! Pamiętam jak dziś ten koncert - zaczął Nick na dobro, grając slidem. Przypomniały mi się kojące melodie Blind Willie Johnsona. Po pewnym czasie zaczął wybijać rytm na stopie i hi-hacie podnosząc napięcie i prowadząc swoim silnym, mocnym głosem w przeszłość, do Delty... Po tym spokojnym początku, na scenie pojawiła się reszta rodzeństwa i zagrali swój numer - Fog. Na ich Myspace możecie tego posłuchać, ale na żywo brzmiało to trzy razy lepiej! To był dla mnie dowód, że utwór w wolnym tempie absolutnie nie musi być spokojny, czy 'nudny' - tak mocno tupałem, wybijając rytm, że prawie zrobiłem dziurę w podłodze! To było dla mnie objawienie. Kocham ich - każde z osobna jest wirtuozem swojego instrumentu, do tego mamy wspaniałą przeciwwagę wokalną dla Nick'a w postaci cudnego głosu Danielle. Uwielbiam sposób w jaki ona potrafi krzyknąć... Z tej różnorodności brzmienia TUF doskonale zdaje sobie sprawę i tak układa utwory, że słuchamy ich głosów na przemian, co np. dwa utwory. Dzięki temu nikt nie odczuwa zmęczenia, cały czas jest świeżo, ciekawie i muzycznie na ogromnym poziomie.

 

TUF pokazuje jaki trzeba mieć profesjonalny zespół żeby wygrać IBC. Koniecznie spróbujcie kupić ich ostatnią płytę „May I Be Excused”, dostępną na ich stronie internetowej. Znajdziecie tam prawie 80 minut muzyki i 12 autorskich utworów. Klasa!

 

Sean Carney Band - Zdobywcy pierwszego miejsca na IBC 2007. Nagroda im. Alberta Kinga dla najlepszego gitarzysty finałów dla Seana.

 

TUF mnie wypompował, odczuwałem coraz większą senność (zmiana strefy czasowej dawała o sobie znać, choć była dopiero 23). Na szczęście ktoś miał głowę do planowania przebiegu koncertów i wiedziałem, że teraz będę mógł się relaksować przy jazzowo - bluesowych brzmieniach. Sean kilka razy pojawiał się w „Twoim Bluesie” w relacjach z różnych koncertów, wiedziałem więc, że wystąpi z nim tego wieczoru weteran kalifornijskiej gitary basowej - Bill Stuve. Sean dał bardzo dobry koncert, choć szkoda, że zdecydował się na formułę tria - w wypadku takich brzmień bardzo lubię posłuchać dobrej sekcji dętej i natchnionego pianina, czy hammonda.

 

Do wszystkich fanów spuścizny T-Bone Walker'a - Sean znakomicie ją przerobił i nadal potrafi wyciągnąć bardzo dużo nowego i świeżego grania. Posłuchajcie go tu i tam, a zobaczycie, że jako gitarzysta znalazł własną ścieżkę. Jest niepowtarzalny i zarazem przesycony klasycznym jazz-bluesem i jump-bluesem.

 

To również wspaniały człowiek i jestem bardzo dumny z tego, że spodobała mu się gra naszego zespołu (prowadził Youth Showcase w którym uczestniczyliśmy, przyszedł też na nasz półfinałowy koncert). Usłyszałem od niego dużo komplementów i tym bardziej chciałbym go wypromować w Polsce! Sean prowadzi też bardzo cenną inicjatywę - „Blues For A Cure” i wydaje płyty, których całkowity dochód idzie dla Blues Foundation, wspierając fundację HART. Finansuje ona pobyt w szpitalu (m.in. Sean korzystał z ich pomocy), bo muzycy w USA rzadko mają ubezpieczenie zdrowotne. Ta sama fundacja pomaga (również finansowo) rodzinom wyprawiać pogrzeby. Wiem, że pomagali m.in. rodzinie Harrington, gdy zmarł Carey Bell.

 

Pamiętajcie o Seanie! Napisał mi, że postara się zagrać w Polsce, ale to nieco pewnie potrwa, więc spróbujcie najpierw kupić jego płyty, bądź złapać go na koncercie gdzieś za granicą.

 

Zac Harmon Pierwsze miejsce na IBC 2004 & Jonn Richardson Band Pierwsze miejsce na IBC 2005. Nagroda im. Alberta Kinga dla najlepszego gitarzysty finałów dla Jonna

 

Zac przez cały wieczór był głównym konferansjerem, ale w końcu i na niego przyszła pora! Już na początku zapewnił, że będzie dużo dobrego, bluesowego jamowania na scenie. Nie oszukiwał! Harmon to prawdziwy wariat i bluesman 21 wieku! Jest nowoczesny i ma ogień na gitarze, ale w jego śpiewie zachowało się to co w korzennym bluesie najlepsze - na pewno wiecie co mam na myśli. Nie mniej interesujący był Jonn, który również zaprezentował się wokalnie (bez kompleksów!). Porywające były dialogi obu gitarzystów, pełne zwrotów akcji zagrania no i końcowa zapowiedź Zaca - „Hej, perkusisto! Słyszysz mnie? Pomóż mi przemienić ten teatr w juke-joint!” - po, którym zaczął grać dużo szybciej, a gdy cały zespół zaskoczył, czułem, że doświadczam totalnego wariactwa! Na szczęście dla mnie był to ostatni numer, bo o wpół do pierwszej w nocy, byłem już totalnie przemęczony. Wróciłem do hotelu wielce zadowolony z możliwości posłuchania tak wspaniałego i różnorodnego bluesa, zachwycony zarazem wielką kulturą sceniczną jamowiczów.

 

Finały 25-ego IBC. Kategoria „Zespół”

 

Do przybliżenia kilku bardzo ciekawych zespołów jeszcze powrócę, przedtem opowiem jak wygląda IBC od strony organizacyjnej.

 

Na IBC są dwie kategorie konkursowe - zespołowa i solo/duo. Doliczyłem się 93 zespołów grających w 10 klubach - Alfred's, Blues City Cafe, Club 152, Double Deuce, Hard Rock Cafe, New Daisy Theater, Old Daisy Theater, Rum Boogie Cafe, Superior i B.B. King's gdzie grali Boogie Boys. Jeżeli chodzi o kategorię solo/duo, to wykonawców było 64, a występowali oni w 6 klubach - Mr. Handy's Blues Mall, Pig on Beale, Handy Park Blues Tent, Tap Room, Wet Willies oraz King's Palace Cafe w którym grałem wraz z Witkiem.

 

Podczas dwóch wieczorów, 5 i 6 lutego, od 17:30 do północy, trwały muzyczne zmagania. Choć nie, nazywanie IBC „zmaganiami” to wielka pomyłka. Organizatorzy kładą duży nacisk na atmosferę powtarzając, że walczyć trzeba z kartami ocen, nie z innymi muzykami. I to działa! Zewsząd można usłyszeć przyjacielskie „good luck!” przed wyjściem na scenę, a artyści szanują się nawzajem i wspierają podczas grania. W Memphis wszystkich łączy blues i choćby dla samej atmosfery warto się tu pojawić! Wracając do półfinałów, każdy wykonawca grał dwa razy, dla dwóch różnych składów sędziowskich (nie wspominając o publiczności). Kryteria sędziowskie znajdziecie na stronie Blues Foundation (www.blues.org), ja dodam tylko, że sędziowie (rekrutowani spośród muzyków i znawców bluesa) mogą na kartach ocen dodawać swoje komentarze, co dla początkujących muzyków jest wielkim skarbem! Z niecierpliwością wyczekuję ich opinii (niestety nie dostaje się ich od razu).

 

Granie koncertu w Stanach, a w Polsce to dwie różne rzeczy. Wsparcie jakie się ma w klubowej publiczności jest po prostu nieporównywalne! Amerykanie bardzo chętnie uczestniczą w show, rzucają komentarze, wspaniale reagują na rzeczy, które dzieją się na scenie. Myślę, że to wynika z nastawienia. Na IBC wszyscy przychodzą specjalnie na bluesa, w Polsce - różnie. Większość Amerykanów bluesa słyszało, w końcu to część historii ich kraju. Przeciętny fan jest zatem nieco lepiej osłuchany w USA niż Polsce. Co będę opowiadał - posłuchajcie sami: Witek umieszcza sukcesywnie nasze (i nie tylko!) nagrania z IBC na YouTube - www.youtube.com/smokinboyjones. Jest różnica, prawda?

 

Niedługo po wybrzmieniu ostatnich akordów, przed godziną 1 w nocy, ogłoszono kto dostał się do finału. Z przyjemnością dostarczyliśmy dobrą nowinę Michałowi, Szymonowi i Bartkowi, którzy spokojni, wyluzowani, stali na Beale Street wyglądając jakby zapomnieli o całej imprezie :-)

Finaliści mieli grać następnego dnia w pięknym Orpheum Theater. Najpierw odbyły się finały w kategorii „Zespół”, a dopiero po ponad sześciu godzinach (dodajmy, że pełnych przedniej muzyki), dla mocno przerzedzonej publiczności, zagrali finaliści „Solo/Duo”. Nie będę omawiał każdego występu, przypomnę tylko tych, którzy szczególnie mi się spodobali. Pełna lista finalistów znajduje się oczywiście na stronie Blues Foundation. Kolejność sobie pozmieniałem.

 

The Roger Girke Band

 

Ten zespół przypadł mi do gustu ciekawymi aranżacjami utworów, jak również brzmieniem. Po wysłuchaniu ciężkich gitar miło było posłuchać czegoś lżejszego. Byliby w mojej czołówce, ale „czegoś” im zabrakło.

 

The Mikel Lander & Meridith Moore Band

 

To była dopiero niespodzianka! Bardzo ciekawa muzyka, z szerokimi inspiracjami. Na długo zapamiętam brzmienie zespołu - ciemny, mocny aksamit, łagodzony przez kojący saksofon, podgrzewany przez absolutnie przewspaniałe gitarowe riffy, grane techniką slide. Ileż brzmienia ten gitarzysta potrafi wyciągnąć w trzech dźwiękach! Ogromnie żałuję, że nie zagrał żadnej dłuższej solówki. W notatkach mam zaznaczone, że może dostać nagrodę dla najlepszego gitarzysty (im. Alberta Kinga). Nie dostał, ale dobre wrażenie pozostało.

 

Boogie Boys

 

Otrzymali jedną z kilku owacji na stojąco - zasłużenie! Przyznam, że przed wyjazdem do USA nie widziałem ich ani razu, z tym większą przyjemnością oglądałem każdy kolejny występ! Muzyka na najwyższym poziomie (prowadzący finały Jason Ricci i Cassie Taylor piali z zachwytu), do tego znakomity sceniczny show! Teraz w Memphis słówko „polish” to synonim „good stuff”!

 

MonkeyJunk - Zdobywcy trzeciego miejsca na IBC!

 

Dopiero na finałowym koncercie dowiedziałem się, że liderem formacji jest Steve Marriner. Strasznie się ucieszyłem, bo ten człowiek ma wprost niesamowite brzmienie. Dla mnie może grać jeden dźwięk na harmonijce, a nigdy się nie znudzę. W tym zespole jednak pokazywał się głównie jako wokalista i rytmiczny gitarzysta grający również linię basu. Drugi gitarzysta - Tony D - obsługiwał slidem gitarę prowadzącą. W finałach zagrali m.in. utwór Freddie Kinga „Boogie man” i to było coś! Sensowne granie z powerem i to w trio!

 

Ty Curtis Band - Zdobywcy drugiego miejsca na IBC!

 

Udało mi się zobaczyć fragment ich występu wcześniej, w Club 152 i spodobali mi się od razu! Wystarczy popatrzeć na harmonijkarza by wiedzieć co chłopaki grają (wygląda jak chudy William Clarke), a posłuchać trzeba by usłyszeć JAK. Ujęli zarówno jurorów jak i publiczność, która na stojąco nagradzała ich oklaskami, gwizdami i okrzykami. Lubię zespoły, które mają w sobie dużo klasycznego brzmienia chicagowskiego/kalifornijskiego, a jednocześnie dodają od siebie dużo nowego. Na ogromny plus zaliczam ich granie na totalnym luzie i wspaniałe jednoczesne frazy harmonijki i gitary. Bardzo dopracowany i zakręcony repertuar!

 

J.P. Soars & the Red Hots - Zdobywcy pierwszego miejsca na IBC! Nagroda im. Alberta Kinga dla najlepszego gitarzysty finałów, dla J.P.!

 

J.P. zagrał jako ostatni wykonawca w swojej kategorii. Do tego czasu byłem dość spokojny o medalowe miejsce dla Boogie Boys. J.P. dołączył jednak do mojej ścisłej finałowej czołówki i to w taki sposób, że znalazł się wysoko na jej szczycie, zostawiając resztę w tyle. Chyba nikt kto był wtedy w Orpheum Theater nie może zaprzeczyć, ze J.P. był najlepszy. To jest aż zadziwiające, że taki profesjonalista do dziś nie nagrał płyty dla dużej wytwórni! Jak brzmi muzyka the Red Hots? To blues z wielkim jazzowym piętnem. Muzycznie J.P. jest podobny do Dave Spectera, ale dla mnie go przebija. No i śpiewa! Że wygra nagrodę dla gitarzysty byłem pewny po jego wspaniałej, cichej solówce. O tak! Mam nadzieję, że wszyscy hałaśliwi nasuwacze dokładnie go słuchali i zobaczyli, że prawdziwego bluesa można, a nawet trzeba grać cicho.

 

W ostatnim utworze, J.P. wziął gitarę zrobioną przez brata (całkowity koszt to 5$), mającą tylko dwie struny i jeździł po kiju od szczotki slidem. Musiał się spieszyć, bo obowiązywało ograniczenie czasowe, ale na szczęście (a bardzo się bałem!) zdążył. I też dostał owację na stojąco, choć wszyscy byli bardzo zmęczeni, trwającymi pięć godzin finałami. Więcej takiego bluesa!

 

Jeszcze śmieszna rzecz - spotkaliśmy z Witkiem J.P wraz z zespołem (to też trio) grających koncert (pod wieczór) w King's Palace dla pięcioosobowej publiczności. Ktoś ich zaprosił i spontanicznie zaczęli grać. Niestety zdążyliśmy wysłuchać tylko jednego utworu, bo wcześniej szukaliśmy lokalu żeby pojamować (do czego jeszcze wrócę). Udało nam się z nimi porozmawiać - to spoko goście! Bardzo mili, mogłem sobie z bliska obejrzeć tę pięciodolarową gitarę (zastanawiałem się nad kupnem za 10$ :-]), zebrałem sobie też podpisy członków zespołu na festiwalowy program. To niesamowite, ale właściwie nie widziałem w Memphis żadnego „gwiazdora”. Wszyscy, których poznaliśmy podczas pobytu byli bardzo przyjaźnie nastawieni i do nas, i do świata. Mówiłem wam przecież o atmosferze!

 

Możecie posłuchać pierwszego utworu jaki J.P. wykonał podczas finałów IBC - http://www.youtube.com/watch?v=jWko_z7iN_8 Warto!

 

 

Finały 25-ego IBC. Kategoria „Solo/duo”

 

 

Gdy ogłoszono zwycięzcę w kategorii „Zespół”, można było się zrelaksować i rozprostować nogi do następnego bluesowego maratonu. Skorzystaliśmy z okazji i poszliśmy posiedzieć pod pomnikiem Elvisa, który znajduje się naprzeciwko Teatru. Zabijaliśmy czas rozmawiając z przyjaciółmi i słuchając Eden Brent, która grała w holu. Co jakiś czas dołączali się do niej goście i nawet Witek miał okazję zaprezentować się z nią w duecie, na pięknym fortepianie Steinway'a.

 

Nadeszła w końcu godzina finału! Zajęliśmy jak najlepsze miejsca pod względem akustycznym (co nie było trudne, sala była teraz w ponad połowie pusta) i skupiliśmy się. Wykonawców z tej kategorii wymienię wszystkich, potraktujcie to jako promocję kameralnego grania.

 

 

Austin „Walkin' Cane”

 

Jedyny wykonawca o którym wiedziałem coś, niecoś wcześniej. Niestety nie przypadł mi do gustu. Ma bardzo mocny głos i ciekawie gra na drewnianej gitarze rezofonicznej, ale muzycznie mnie nie wciągnął.

 

Jon Shain & FJ Ventre

 

Duet gitara - kontrabas. Bardzo przyjemne dla ucha dźwięki, czasem opuszczające bluesa na rzecz folku. Dobrze się ich słucha, bo grają wpadające w ucho melodie, ale chyba troszkę zbyt przesłodzona muzyka (zwłaszcza jak grają w większym składzie). Choć duet z przyjemnością obejrzałbym ponownie.

 

Bubs McKeg

Czarodziej... Nie uwierzylibyście, że starszy, niski pan, może wyjść na scenę i z pomocą swojej elektrycznej gitary stworzyć taki piękny klimat. Gdyby ktoś zrobił szufladkę "Muzyka dla duszy" pan McKeg byłby w niej diamentem! To niesamowite, że samym śpiewem można tak zauroczyć. Myślałem, że zajmie pierwsze miejsce, bo w śpiewie jest bluesowy do szpiku kości, a w grze nowatorski, ale niestety nie udało się (w kategorii solo/duo nie przyznaje się poza tym trzeciego miejsca). Po jego koncercie długo dźwięczał mi w uszach piękny gospel - Jesus gonna tell me...

L.C. Ulmer & Chase Holifield

 

Nasi wielcy przyjaciele! Ulmer to autentyk bluesowy, urodzony w 1928 roku w Missisipi. To prawdziwy bluesman, doprawdy relikt swojej epoki! Gra najbardziej pokręconego bluesa, jakiego w życiu słyszałem. 12 taktów? Ulmer w życiu o nich nie słyszał! Śpiewa m.in. piosenkę w której jest tylko jeden wers - „She's bad” - i robi to z takim przekonaniem, że można by go słuchać cały dzień. A wiecie co by wam powiedział, gdybyście go zapytali o wpływy? „Pola bawełny, blues, Biblia, maszyny rolnicze, wagony towarowe, czyszczenie butów, Bo Diddley. Chase to jego 17-letni uczeń, który wspomaga swojego mistrza grą na gitarze elektroakustycznej. Jestem ciekawy co z niego wyrośnie, po tak długim graniu z Ulmerem!

 

Żeby sobie choć wyobrazić co się dzieje na scenie podczas ich występów, trzeba by pomyśleć o zwariowanym dziadku, mającym ogrom sił witalnych, tańczącym na scenie i grającym jak radosny Fred McDowell, z tą różnicą, że nie slidem. Właściwie słowo pisane nie jest w stanie oddać w pełni tej niezwykłości. W każdym razie L.C. Ulmer to BLUES!

 

Fragment występu w/w duetu na finałach IBC - http://www.youtube.com/watch?v=6w1zj1Pu5V0.

 

Alphonso & Richard - Drugie miejsce na IBC 2008!

 

Ten zespół mieliśmy w naszej grupie półfinałowej. Dwaj profesorowie bluesa (po studiach jazzowych) grają dziwną muzykę. W repertuarze mają wodewilowe, inspirowane wczesnym jazzem utwory, zaaranżowane na pianino, głos, saksofon i flet. Dobrze grają, ale nie podoba mi się ich muzyka. Odbieram to bardziej jako kabaretowy dowcip, niż muzykę do słuchania. Szanuję jednak decyzję jury.

 

Little Joe McLerran - Pierwsze miejsce na IBC 2008!

 

Podobnie jak Bubs McKeg, ten młodziutki gitarzysta potrafi czarować. Mnie zaczarował swoją gitarą. Znałem brzmienie tzw. „piedmont bluesa”, ale tak wspaniale zagranego, z ogromną pasją i radością, nie słyszałem. Właściwie ciężko mi powiedzieć gdzie kryje się tajemnica jego brzmienia. Gra w tradycyjnym stylu i myślałem, że zdobędzie drugie miejsce (pierwsze miałby wtedy Bubs), bo podejrzewałem, że jury pokieruje się chęcią promowania czegoś nowego, ale jednak nie! Bynajmniej nie jest to złe - Little Joe naprawdę wspaniale zagrał i zaśpiewał. Czarujące dźwięki!

 

 

Jeżeli chodzi o „grube ryby”, to już właściwie koniec. Miałem jeszcze kontakt z Delta Highway, nominowanymi do Blues Award w kategorii „Debiut roku” - wspominałem o tym w relacjach dla TB Online. W naszym klubie grał też świetny duet Darrel Raines & George Caldwell. Byli moimi faworytami, bo grają czarno, cicho i bardzo oryginalnie. Nowy styl bluesa!

 

Podczas przeglądu młodych zespołów (Youth Showcase), zaprzyjaźniliśmy się z The Bodo Brothers, perkusistą i gitarzystą zafascynowanych R.L. Burnsidem. Poznaliśmy też tamtejszego (Memphis) harmonijkarza Brandona Bailey. Zobaczymy, może kiedyś przeczytamy o nich w dużych, branżowych pismach?

 

 

Wyjazd do Memphis był wspaniałym doświadczeniem, możliwością usłyszenia ogromu dobrego bluesa na żywo, pogrania z pierwszorzędnymi muzykami i zawarcia z nimi znajomości. Jestem pewien, że każdy muzyk wiele się tam nauczy, po prostu słuchając, a każdy bluesfan zaspokoi swoje potrzeby muzyczne w dwójnasób. Szkoda, że poza koncertami i przypadkowymi duetami w Doubletree Hotel nie mogliśmy pograć. Nie wiem czy my nie mogliśmy znaleźć klubu by pojamować, czy po prostu nie było takiej możliwości. Liczę, że to się zmieni w przyszłym roku, ale tak czy inaczej przyjeżdżajcie tu koniecznie! 

 

Fotografie:

Rudy Williams & Chicago Blues Revue - Denise Moscardelli


Kurson corner 24/01/2009

The Blues - część 2

"The road to Memphis" reż. Richard Pearce & Robert Kenner

 

Od jakiegoś czasu wszystko co ma w tytule "Memphis" pozytywnie mnie nakręca. W końcu za paręnaście dni sam się tam pojawię i będę zwiedzał, grał, chłonął... Odrobiłem więc swoją lekcję historii i z przyjemnością obejrzałem ten film.

 

Skąd historia? Ha! Ten odcinek mógłby się równie dobrze nazywać "Geneza rock&rolla", "Kto był przed Elvisem?" lub jakoś podobnie. Osób, które zaczynały w tym mieście swoje kariery jest ogrom, a wszystkie mają zasługi w postaniu muzyki zwyczajowo nazywanej rhythm & bluesem - bezpośredniej inspiracji dla młodych (wówczas), rock&rollowców.

Poznajemy muzyczną historię tego miasta w oparciu o doświadczenia B.B. Kinga, Bobby Rush'a, Roscoe Gordona czy Ike'a Turnera. Z Królem odwiedzamy siedzibę radia WDIA, które jako pierwsze było prowadzone przez Afroamerykanów. Oglądamy też jego koncert we własnym klubie w Memphis. Roscoe Gordon oprowadza nas po Beale Street, złorzecząc na zmiany, które nastąpiły.

 

Zniszczyli starą Beale Street stary. To było świetne miejsce; Beale Street było ekstra! Kluby pootwierane przez całą noc, do 5, 6 nad ranem. Nie wszyscy grali bluesa, tak jak teraz. Było sporo jazzu. Teraz dają czadu na gitarze. Nie słychać własnych myśli, porozmawiać nie można - każdy gra głośną muzykę.

 

Zadziwiłem się gdy zdałem sobie sprawę jak wielki był wkład tego jednego miasta w historię muzyki. No bo spróbujmy wymazać takie nazwiska jak Fats Domino, czy Little Richard. Co wtedy? A to nie wszystko - są jeszcze wytwórnie Sun Records dla której nagrywał m. in. Howlin' Wolf oraz soulowa Stax bez której nigdy nie byłoby filmu „Blues Brothers”.

 

Ciekawym wątkiem jest również śledzenie kroków Bobby'ego Rusha. To rzadka okazja do zobaczenia jak wygląda życie muzyka w trasie - ciągłe podróże, autobus stający się domem, finanse, no i przede wszystkim koncerty, kontakt z publicznością. Ten ostatni jest szczególny i mocno nietypowy, w porównaniu do tego co możemy zobaczyć w Polsce. Przykładem są dwie panie z zespołu Rusha, których najważniejszym zadaniem wcale nie jest śpiewanie w chórkach. Po czymś takim można doznać szoku widząc Bobby'ego strojącego się na niedzielną mszę (która też jest nietypowa jak na nasze warunki)!

 

Warto odświeżyć sobie pamięć i przypomnieć tę Muzyczną Stolicę, oglądając ten wspaniale nakręcony film. Dużo wywiadów, archiwalnych nagrań, wspomnień, koncertów, a wszystko to bardzo inteligentnie ułożone w opowieść o mieście muzyki przez duże M!

 

 

"Warming by the devils fire" reż. Charles Burnett

 

Poprzednie 3 filmy były właściwie dokumentami (Wenders trochę się wyłamał). To co proponuje nam Charles Burnett, to już półtoragodzinna opowieść o młodym chłopaku, który przyjeżdża do wuja celem ochrzczenia się. Z dworca odbiera go jednak nie wuj-pastor, a wuj-bluesman. Dotychczas wychowywany w duchu wartości Kościoła, chłopiec zaczyna poznawać bluesa i związane z nim życie - kobiety, alkohol, bójki - to z jednej strony, bo z drugiej pogłębia swoją wiedzę o przeszłości i zarazem o tym, kim sam jest. Poznaje poetykę bluesa, problemy z jakimi musieli sobie radzić jego przodkowie - rasizm, wyzysk. Troskliwy wuj pokazuje mu nagrania classic bluesa z lat 20-30 - Ma Rainey, Mamie Smith, Sister Rosetta Tharpe. Oprócz tego dokonania Son House'a, Lightnin' Hopkinsa i Muddy'ego Watersa. Szkolenie ma więc pierwszorzędne!

 

Napisałem 'szkolenie' - śmieszne słowo i od razu ciekawa refleksja. Dzisiejsi bluesmani to zupełnie inni ludzie, niż pokazani w filmie pionierzy. To moje osobiste odczucie, ale blues jako tradycja i kultura Afroamerykanów, nigdy już nie zostanie powtórzony. Definitywnie, wraz z wyborem na prezydenta USA Baracka Obamę, skończyła się era segregacji rasowej. Uprzedzenia nadal są, jacyś idioci dalej nakładają białe kaptury, ale sytuację jaka się tam wytworzyła, można uznać za zakończoną. Zmieniły się realia, zmieni się więc blues. Stał się międzynarodowy, przez co muzycy uczą się częściej z nagrań, zamiast obcować z tą muzyką 'na żywo'. Wspomina też o tym Bruce Iglauer w wywiadzie dla TB (nr 32).

 

Słucham w domu Sonny Boya i czuję, że to nie tędy droga. Powinienem go poznawać jak Charlie Musselwhite - chodząc do klubów na koncerty, mogąc z nim rozmawiać i jamować. Te czasy niestety bezpowrotnie minęły. Myślę, że ze stratą dla takich jak ja.

 

Film prowokuje do wielu przemyśleń i różnych spojrzeń na materię jaką nazywamy bluesem. Mamy niezwykłą okazję do spojrzenia na niego z nieco innej perspektywy - nie jako na gatunek muzyczny, a przez pryzmat życia i doświadczeń. Mnogość wątków mogących służyć za ciekawe rozmowy i rozmyślania, wydaje się nieprzeliczalna. Wśród wypowiedzi utrwalonych w filmie, mistrzowską jest ta Willie'ego Dixona, o tym, że każdy ma swojego bluesa, pojmuje go i gra na własny sposób. Tutaj to brzmi banalnie, ale sami go posłuchajcie!

 

Bardzo polubiłem ten odcinek, właśnie za jego 'zmuszanie' do myślenia. Znakomite!

 


[1 z 34] 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 >>

Szukaj


Bluesbird corner

02/03/2008

Muzyk i Realizator
Nie tak dawno byłem wraz z osobą towarzyszącą na koncercie bluesowo-folkowej grupy, nagrywającej w studio Radia PiK. Niestrudzony redaktor Pająk, wciąż stara się w publicznym radio, aby blues od czasu do czasu się tam pojawiał. Piękny to był koncert, bardzo wzruszajacy i poruszajacy moją...
więcej...

 

Kurson corner

11/02/2009

Relacja z 25th International Blues Challenge
25th International Blues Challenge     To było czyste szaleństwo! Nie wiem czy jest na tej planecie lepsze miejsce niż Memphis podczas IBC. Pewnie tak, ale ja w nim nie byłem! Blues jest na ulicach w takiej ilości, że można się o niego potknąć, w klubach od groove'u...
więcej...